Klasyka musicalu z niespodziankami (My fair lady)

Klasyka musicalu z niespodziankami (My fair lady)

Musical w operze to ryzykowne przedsięwzięcie, ale patrząc na reżyserskie wybory Roberta Talarczyka, nie ma się czemu dziwić. Co prawda momentami wkradała się gdzieniegdzie operowa maniera, jednak poza tym „zawartość musicalu w musicalu” była wystarczająco wysoka, abym jako fanka tego gatunku spędziła udany teatralno-muzyczny wieczór.

Początek spektaklu (wizualizacje, uwertura) wprowadza premierową publiczność w iście broadwayowską atmosferę. Nie pozostaje nic innego jak tylko rozsiąść się wygodnie w fotelu i zanurzyć w musicalowym świecie. My fair lady należy do klasyki gatunku, dlatego widzowie wiedzieli, czego mogą się spodziewać (i tu kłania się znana zasada, że lubimy to, co znamy), jednak kilka niespodzianek, którymi uraczyli nas twórcy bytomskiej inscenizacji, odświeżyło ten tytuł.

Akcja opiera się na ostatnio często poruszanym w komediach romantycznych, a znanym od dawien dawna, schemacie miłosnego duetu: mężczyzna o wyższym statusie społecznym czy materialnym oraz uboga, ale zdolna piękność. Ten wdzięczny temat nie jest pozbawiony w niniejszej odsłonie swoistej pikanterii, gdyż zamiast romantycznych uniesień obserwujemy zmagania dwóch silnych osobowości. Ale przecież kto się czubi…

Relacja między profesorem Higginsem a Elizą rzeczywiście może wywierać silne wrażenie na widzach. Z jednej strony to pełna władczości, a czasem i pogardy ze strony profesora, relacja mistrz–uczennica. Na drugim biegunie Eliza, wykazująca się ogromną pokorą i wytrwałością w dążeniu do zdobycia zaszczytnego miana damy. Uliczna kwiaciarka z właściwą sobie pewnością, a wręcz butą, wyprasza u profesora lekcje poprawnej wymowy. Zgadza się nawet zamieszkać na pół roku u swojego nauczyciela, aby w tym czasie przeistoczyć się z zuchwałego kopciuszka w wytworną i elegancką kobietę wyższego stanu, posługującą się nienagannym językiem. Bohaterka marzy o pracy w galerii kwiatowej, ale gdy spojrzymy szerzej, zobaczymy, że bohaterka pragnie też odmienić całe swoje życie. Swoją szansę dostrzega, kiedy przypadkiem poznany profesor stwierdza, że„zrobienie” z niej damy to tylko kwestia opanowania odpowiednich umiejętności językowych oraz towarzyskiej ogłady. I tu zaczyna się walka z trudnym żywiołem – językiem ulicy. Higgins za pomocą niewybrednych praktyk wręcz musztruje Elizę, ukazując w ten sposób cały swój podły charakter. Paradoksalnie ten, któremu tak daleko do gentelmana, staje się sprawcą metamorfozy bohaterki.

Istotnym zabiegiem, który niewątpliwie ubarwił językowe utarczki w My fair lady jest to, że twórcy owym językiem ulicy uczynili śląską gwarę. Zatem zamiast londyńskiego slangu z ust Elizy wydobywa się śląsko godka. Posługująca się nią Anna Noworzyn początkowo brzmi nieco sztucznie, ale z czasem pozytywnie zaskakuje widzów pod względem aktorskim. Bezkonkurencyjny jest za to Tomasz Lorek w roli Freda Doolittle’a – ojca Elizy. Jego gwara brzmi doskonale, a pełna prostoty, mądrości i sprytu postać niezwykle mnie ujęła.

Ogólnie pod względem aktorskim ten musical prezentuje się świetnie. Przede wszystkim za sprawą fenomenalnego Artura Święsa, który wokalnie wypada bez zarzutu. Aktor gra na granicy furii, jego Higgins aż kipi od emocji, i choć pod tą grubiańską maską trawi go coraz gorętsze uczucie do Elizy, to trudno mu się do tego przyznać nawet przed samym sobą. Relacja na linii mężczyzna–kobieta w pełni rozkwita w drugim akcie, by na dalszy plan zepchnąć językowe przepychanki. I wtedy robi się naprawdę ciekawie. Anna Noworzyn aktorsko rozkręca się z minuty na minutę, do tego Artur Święs oscylujący na granicy agresji –nie mogłam oderwać od nich oczu.

Bytomska inscenizacja w ogóle cieszy oko. Barwne, pełne odwołań do współczesności kostiumy oraz scenografia, udane pod kątem choreograficznym sceny zbiorowe (szczególnie scena wyścigów konnych oraz balu w ambasadzie), to wizualne atuty tego musicalu.

Według mnie najdotkliwiej zgrzytało w warstwie wokalnej, nie dało się nie zauważyć istotnych różnic między śpiewaniem operowym a musicalowym, a to wytrącało z gatunkowej konwencji. Wokalne interpretacje Anny Noworzyn nie przekonały mnie, choć oczywiście nie chcę podważać jej niewątpliwego talentu operowego. Wokalna maniera nie współgrała z odgrywaną przez nią postacią. Operowej wokalizy nie potrafił się również pozbyć chór oraz Kamil Zdebel, odgrywający rolę zakochanego w Elizie Fredda.

Gdyby nie te głosowe niedopasowania, najpewniej zapomniałabym, że jestem w operze, i zanurzyłabym się po uszy w musicalowym świecie. Trzeba jednak przyznać, że bytomska inscenizacja okazała się warta podjętego przez twórców ryzyka. Rozbudziła mój teatralny apetyt, dlatego mam nadzieję, że to dopiero początek operowo-musicalowego romansu na bytomskiej scenie.

Maria Marchewicz, Teatralia Śląsk
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 62/2013

Opera Śląska w Bytomiu

Frederick Loewe

My fair lady

przekład libretta i tekstów piosenek: Tomasz Domagała, opracowanie tekstu i reżyseria: Robert Talarczyk, scenografia: Marcel Sławiński, Katarzyna Sobańska, choreografia: Jakub Lewandowski, kostiumy: Ilona Binarsch

obsada: Anna Noworzyn, Artur Święs, Feliks Widera, Tomasz Lorek, Aleksandra Stokłosa, Joanna Kściuczyk-Jędrusik, Kamil Zdebel, Renata Dobosz, Juliusz Ursyn-Niemcewicz, Bogdan Desoń, Zbigniew Wunsch, Grażyna Bollin, Ewa Pytel-Polak, Janusz Wenz

premiera: 11 maja 2013

fot. archiwum teatru