Kłamstwo z powyłamywanymi nogami (Prawda)

Kłamstwo z powyłamywanymi nogami (Prawda)

O zawartości prawdy w „Prawdzie” Marcina Sławińskiego.

W ostatni dzień maja na Małej Scenie Teatru Powszechnego odbyła się premiera Prawdy, spektaklu w reżyserii Marcina Sławińskiego. Komplet publiczności, a w głównych rolach aktorzy znani widzom Powszechnego: Beata Ziejka, Marek Ślosarski, Karolina Łukaszewicz i Grzegorz Pawlak. Lapidarny tytuł sztuki niejednemu odbiorcy zasugeruje, że treści w niej poruszone są co najmniej niebłahe, spory na temat rozumienia prawdy trwają bowiem od początku naszej cywilizacji.

Co jednak serwuje nam pod tym quasi-filozoficznym tytułem Powszechny? Tym razem jest to pełna prostego dydaktyzmu przypowieść. Historia, która się rozgrywa – tak jak rzeczona prawda – jest stara jak świat, a jej bohaterami są niezmiennie: on, ona i ta trzecia. I również, jak to historia każdej zdrady, wydaje się banalna. Filip, postać, na której spoczywa większy ciężar akcji, ma romans z żoną swojego przyjaciela – Alice, która z kolei, mimo nieukrywanej skłonności do kochanka, po mniej więcej sześciu miesiącach zaczyna odczuwać wyrzuty sumienia. Od tej chwili to, co oglądamy na scenie zamienia się w farsę, prawdziwe uczuciowe qui pro quo. Jednak sposób prezentacji tematu to niewątpliwie najsłabszy punkt spektaklu, ponieważ dialogi postaci, za sprawą stojących u ich podstaw tendencyjnych językowych klisz, pozbawiają bohaterów psychologicznego weryzmu – aktorzy są tak skoncentrowani na wygłaszaniu moralistycznych bon motów, że właściwie widz nie jest świadkiem wybuchu żadnego, mniejszego lub większego, afektu, właściwego dla tak dramatycznej sytuacji, jakim jest zdrada ukochanej osoby. Stoickie zachowanie Paula, w postać którego wcielił się Marek Ślosarski, dowiadującego się, że jego żona przyprawia mu rogi, staje się więcej niż nieprawdopodobne, a hamletyzowanie Alice, postaci odgrywanej przez Karolinę Łukaszewicz, w świetle jej zachowania zamienia się w groteskę. Aktorka zresztą popada na scenie w zupełnie niepotrzebną, przesadną i irytującą egzaltację. Dodatkowo pojawiająca się w kulminacyjnych momentach muzyka rodem ze starych melodramatów nadaje całości charakter krzykliwego wodewilu.

Czy jednak taki był zamysł reżysera? Nie wydaje się to prawdopodobne, bowiem dialogi w rodzaju: „gdyby z dnia na dzień ludzie przestali się okłamywać, nie zostałaby na ziemi ani jedna para” mają zdecydowanie egzystencjalno-filozoficzne zacięcie, a koniec spektaklu, przypominający kulminację francuskiej komedii mieszczańskiej, jest ewidentnie dydaktyczny. Filip dowiaduje się, że w sieci kłamstw, w których wikłają się najbliżsi, również on jest ofiarą. Nikt już nie mówi prawdy, ale w żaden sposób nie zmienia to kondycji bohaterów. Istotne są przede wszystkim pozory, które wpływają na dobre samopoczucie każdej z przedstawionych postaci. Filip zdradza, ale i sam w tym czasie zostaje przez żonę zdradzony. Mimo patowej sytuacji, bohater okazuje swe oburzenie i być może ta scena, tak zabawna w świetle całej historii, świadczy o naturalnym, ludzkim odruchu.

Prawda jest komedią o predylekcjach do wspomnianej i popularnej niegdyś komedii mieszczańskiej, która była, jak wiadomo, ku uciesze gawiedzi wystawiana na publicznych placach. Spektakl Sławińskiego do tej tradycyjnej formy pasuje jak ulał. Śmiech widzów, kiedy Filip mówi o swojej żonie „a to ku**a” albo gdy próbuje zostać komicznym kozłem ofiarnym całej intrygi i obiecuje małżonce, że „będzie ją okłamywał staranniej” ewidentnie kierują naszą uwagę na tego typu proweniencję. Pozbawione chrześcijańskiej aksjologii, bogate społeczeństwo, którego przedstawicielami są bohaterowie, kojarzy się ze światem Wielkiego Gatsby’ego Fitzgeralda. Siłą Fitzgeralda były jednak przemyślane i głębokie dialogi – coś, czego próżno szukać u Sławińskiego.

Na koniec warto wspomnieć o dość surowej scenografii – kwadratowe, przesuwane meble organizują wygląd sceny. Jest to dość dobre rozwiązanie dla teatru borykającego się z problemami finansowymi, jednak to, że aktorzy w krótkich interwałach między poszczególnymi częściami spektaklu sami muszą tę scenę modyfikować, trudno usprawiedliwić. W efekcie widz jest świadkiem komicznych zmagań filigranowych aktorek z elementami scenografii. Tego rodzaju humor, choć zupełnie prawdziwy, nie świadczy zbyt dobrze o statusie teatru.

Czy warto udać się na Prawdę? Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Tak – jeśli jesteśmy fanami polsatowskich sitcomów albo też w czasie wakacji mamy ochotę na obejrzenie czegoś nieskomplikowanego, nie – jeśli nie lubimy grubo ciosanego dydaktyzmu, braku charakterologicznego prawdopodobieństwa i (naprawdę) niewyszukanego humoru.

Kamila Kulesza, Teatralia Łódź
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 104/2014

Teatr Powszechny w Łodzi
Prawda
Florian Zeller
przekład: Barbara Grzegorzewska
reżyseria: Marcin Sławiński
scenografia: Wojciech Stefaniak
muzyka: Jarosław Babula
asystent reżysera: Arkadiusz Wójcik
obsada: Karolina Łukaszewicz, Beata Ziejka, Grzegorz Pawlak, Marek Ślosarski
fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska