Kim jesteś, Savannah? (Savannah Bay)

We współczesnym teatrze nie ma już wielkich narracji, nie ma wielkich, zapadających w pamięci postaci, nie ma wielkiego show. Co zatem widz dostaje w zamian? Lukę, którą może wypełnić swoją wyobraźnią. Szansę na jej pobudzenie dają mu twórcy spektaklu Savannah Bay prezentowanego w Teatrze Nowym w Łodzi.

Współczesny teatr stawia przed widzem coraz nowsze i bardziej wymyślne zadania. Do niedawna innowacyjnym chwytem było zerwanie z linearnym prowadzeniem fabuły, teraz zrywa się także z konsekwentnie tworzonym, psychologicznie umotywowanym bohaterem, konstruowanym zgodnie z wymogami realistycznego dramatu. Dzisiejsza postać nie ma historii, nie ma przeszłości ani przyszłości, jakie wymyśliłby dla niej Stanisławski czy jego aktorzy wcielający się w owe role. Nie kierują nią głęboko ludzkie pobudki, uwarunkowania psychologiczne, osobowość lub wyuczone normy społecznego zachowania jak u Strindberga lub Ibsena. Jej konstrukcja ma raczej swoje źródło w teatrze absurdu Ionesco, Becketta czy Geneta oraz w koncepcji teatru postdramatycznego. Mistrzynią tworzenia „płynnych” postaci w swoich dramatach była francuska pisarka Marguerite Duras. To inscenizacji jej tekstu podjęła się Anna Ciszowska w ramach projektu „Dotknij Teatru”, który co roku odbywa się w Łodzi z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru. I chociaż o ubiegłorocznej edycji większość osób zdążyła już zapomnieć, część jest już nawet zaabsorbowana przygotowaniami do edycji 2014, do której zakończono nabór wniosków, to moim zdaniem o Savannah Bay można pisać dopiero teraz. Teraz, gdy spektakl dojrzał, ewoluował, znacząco zmienił się na przełomie połowy roku, jaka minęła od daty jego premiery.

Ciszowska razem z innymi twórcami przedstawienia podjęła się nie lada wyzwania – przełożyć na język teatru, a zatem na dzieło audiowizualne dramat, który według założeń autorki nie chciał istnieć w ten sposób. Chciał pozostać w sferze słowa, być nieprzekładalnym na dzieło przestrzenne, zmuszone do odnalezienia swojego miejsca w szeregu innych symboli, znaczeń, języków teatralnych, pośród których jego sens może umknąć lub wręcz zaginąć. Mimo iż Duras opatrzyła swój tekst dokładnymi didaskaliami, na przekór większości adaptacji, których twórcy kurczowo trzymają się owych wskazówek, Ciszowska zapragnęła pozostać wierną idei francuskiej pisarki o przezroczystej względem tekstu inscenizacji. Z pomocą scenografa Konrada Szczęsnego, kompozytora Marcina Powalskiego oraz dwóch występujących w przedstawieniu aktorek – Barbary Dembińskiej i Katarzyny Anny Małachowskiej, udało się jej to znakomicie. Spektakl nie jest mdły, nie ma charakteru „teatru czytanego”, aktorki nie strzelają tekstem niczym z karabinu maszynowego, byle tylko wyrzucić go z siebie. Podają go widzom z rozmysłem, zważając na to, iż jest on skomplikowany w odbiorze, nie ma w nim prostej fabuły, która układa się na historię z początkiem, środkiem i końcem, nie ma bohaterów, których poznajemy z imienia, nazwiska, statusu społecznego, poglądów czy przeżytych wydarzeń. Widz, posadzony naprzeciw sceny, na której znajduje się jedynie duży sześcienny stelaż, ale także en face innych widzów, otrzymuje strzępki informacji, których w dodatku nijak nie może złożyć w całość z tym, co widzi. Na czterdzieści minut trwania przedstawienia, ale i na kilka godzin później, musi zatem uruchomić proces wzmożonej konotacji, aby poskładać owe rozrzucone puzzle w jedną spójną całość.

Nie mam wątpliwości, że uda mu się. Spektakl jest poprowadzony w taki sposób, aby każdy znalazł w opowiadanej historii to, czego szuka: czy to opowiadania o młodzieńczej niespełnionej miłości starej aktorki, czy analogii do ostatnich dni życia Marleny Dietrich, czy historii przyjaźni młodej kobiety ze starszą podopieczną, czy też majaczeń umierającej matki, która wspomina swoją córkę. Czy postaci są w ogóle prawdziwe, czy żyją? Interpretacji może być tyle, ilu widzów. Savannah Bay można zatem określić jako spektakl pobudzający wyobraźnię. Także samych twórców, którzy coraz głębiej wchodząc w tekst Duras, zmieniają spektakl przy okazji każdorazowego wystawiania go na deskach Teatru Nowego.

Pytanie, jakie narodziło się w mojej głowie po obejrzeniu Savannah Bay, dotyczy autorstwa spektakli opartych na podobnej konwencji. Marguerite Duras daje tekst, impuls do refleksji. Ciszowska, Dembińska i Małachowska interpretują go, ale w sposób otwarty na dopełnienie go przez widza. To zatem odbiorca dopełnia go treścią i sensem, dostając na swoją konkretyzację naprawdę dużo miejsca. Zatem Savannah Bay nie jest jednym, gotowym dziełem, ale kilkudziesięcioma dziełami, jakie do tej pory zostały obejrzane i poddane refleksji przez widzów. Nie jestem w stanie ich wszystkich ocenić, nie potrafię powiedzieć, czy są dobre czy złe, czy na spektakl warto iść czy nie. Mogę jedynie podpowiedzieć, że jeśli są Państwo gotowi na intelektualną łamigłówkę, nie oczekują gotowych rozwiązań i są w stanie samodzielnie nie tylko skonkretyzować fabułę ale i poddać ją analizie, to owo przedstawienie powinno zaspokoić Państwa gusta. Jeśli nie – nie stracą Państwo dużo czasu.

Sandra Kmieciak, Teatralia Łódź
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 70/2013

Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi

Savannah Bay

Marguerite Duras

przekład: Jolanta Sell

scenariusz i reżyseria: Anna Ciszowska

choreografia: Katarzyna Anna Małachowska

kompozytor: Marcin Powalski

scenografia: Konrad Szczęsny

kostiumy: Zuzanna Markiewicz

reżyseria światła: Krzysztof Małachowski

obsada: Barbara Dembińska, Katarzyna Anna Małachowska

premiera: 22 marca 2013

fot. Janusz Szymański.