Katharsis nie będzie (Versus)

Katharsis nie będzie (Versus)

W Versus królują niskie instynkty i jeszcze niższe pobudki. Jest krew, sperma i łzy. Brutalność świata przedstawionego zostaje dodatkowo podkreślona przez liczne zabiegi przełamujące iluzję, choć z pozoru można by się spodziewać odwrotnego efektu. To zły teatr – źli ludzie go zaludniają i źle się go ogląda. I taki był – zdaje się – cel.

Spektakl musi drapać, irytować i przeszkadzać. To udaje się już od pierwszej sceny, w której poznajemy głównego bohatera (Nikodem Kasprowicz), siedzącego na kanapie wśród swoich przyjaciół – roślinek doniczkowych, i mówiącego do mikrofonu. Jego monolog przypomina wyznania współczesnego Wertera, z tym że w XXI wieku trudno mu wyobrazić sobie miłość. Bohater mówi więc o tym, że jej nie ma i być nie może. Istnieje tylko fizyczne pożądanie, co skwapliwie (i bezsensownie, bo tautologicznie) demonstruje na drugim planie matka bohatera (Antonina Choroszy), symulując seks z manekinem. Już nie wiadomo, który Werter gorszy – ten, który kocha, czy ten, który kochać nie może.

Tymczasem na scenę wkracza wielki nieobecny, czyli ojciec (Paweł Hadyński), którego wyraźnie od bardzo dawna nie było w domu. Mimo że jeździ na wózku inwalidzkim i z trudem oddycha, brutalnymi gestami natychmiast podporządkowuje sobie przestrzeń. Słowa są tu zbędne, także dlatego, że postacie prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Przedstawienie składa się głównie z monologów, co więcej, aktorzy grają obok siebie, tak jakby zostali wyjęci z nieco odmiennych porządków. Matka zachowuje się, jak gdyby sama była manekinem. Przechadza się mechanicznym krokiem po scenie, dzierżąc w rękach siatki. Cały czas ma na nosie ciemne okulary, co dodatkowo upodabnia ją do lalki. Ojciec odwrotnie, choć stoi nad grobem, to jednak kipi życiem, ale to życie w wydaniu wulgarnym i brutalnym. Z okazji jego przybycia ze swoich „paprotkowych” rozmyślań wynurza się syn, ciągnąc za sobą kabel od mikrofonu, który chłopak traktuje jak żywe stworzenie, wołając na niego jak na psa. Nawet ten dosyć ciekawy zabieg reżyser (Jędrzej Piaskowski) musi zohydzić – powtarzany kilkakrotnie zasycha jak dowcip opowiedziany zbyt wiele razy. Mikrofon jest tu jedynym sposobem, za pomocą którego udaje się powiedzieć coś prawdziwego, a nie tylko powtarzać puste formułki i grzecznościowe pytania. To, co niewypowiadalne, można przekazać tylko przez zapośredniczające medium. Do czasu – pod koniec spektaklu wszystkie formy pękają.

Gdy mroczna tajemnica rodzinna – której wszyscy się domyślamy – w końcu wychodzi na jaw, zmienia się muzyka, włączają niebieskie światła, wyraźnie znajdujemy się poza wcześniejszą konwencją. Wszyscy bohaterowie mają okazję wygłosić kolejne zbyt długie monologi, tym razem jeszcze bardziej powtarzając swoje myśli czy wręcz tracąc sens wypowiadanych słów, jak matka, która niczym zdarta płyta zafiksowuje się na sformułowaniu „zrobiłeś mi kurestwo”. Reżyser osiąga też szczyt ilustracyjności, gdy podczas monologu syna o pamięci i zapominaniu każe wypuścić na scenę sterowany balon w kształcie złotej rybki (nawiązujący do Iwony, księżniczki Burgunda Krzysztofa Garbaczewskiego). Słowa „śmierć jest jak rybka” są już tylko wisienką na torcie.

Najbardziej interesująca jest sama końcówka, w której do reszty zburzona zostaje iluzja. Antonina Choroszy ściąga nagle okulary i zaczyna zastanawiać się nad tym, jak ma zagrać scenę morderstwa. Czy w ogóle można to zagrać, czy też „to po prostu bezczelność” w obliczu rozlicznych okrucieństw przedstawionych w dramacie. Ta metateatralna refleksja jest niezwykle ważna w przedstawieniu, które bez niej niebezpiecznie dryfowałoby w kierunku nieznośnej ilustracyjności. Tymczasem reżyser i aktorzy do gorzkiej diagnozy Garcii na temat współczesnej kultury dodają zagadnienia związane z samym medium teatralnym, dotyczące miejsca i znaczenia sztuki w kulturze. Jakie są granice teatru? Co wystawiamy i po co to właściwie oglądamy? W Versus nie ma przebaczenia ani próby rozwiązania społecznych i rodzinnych problemów. Nie ma oczyszczenia czy rozładowania emocji, jest tylko długie, nużące i irytujące przyglądanie się patologii. Reżyser odbiera nam nawet możliwość czysto estetycznej przyjemności z oglądania spektaklu. Widz ma zostać poddany terapii szokowej, wręcz zmuszony do oglądania scen brutalnego okrucieństwa – prawie tak, jak bohater Mechanicznej pomarańczy. Patrz i cierp.

Aleksandra Spilkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 152/2015

 

Teatr Nowy w Poznaniu

Versus

Rodrigo Garcia

przekład: Agnieszka Stachurska

reżyseria: Jędrzej Piaskowski

scenografia i kostiumy: Weronika Ranke

współpraca scenograficzna: Adrianna Rajkowska

muzyka: Wojciech Urbański

wokal: Maria Kozłowska

video: Marta Nawrot, realizacja video: Jan Kęszycki

inspicjent: Józef Piechowiak

obsada: Antonina Choroszy, Paweł Hadyński, Nikodem Kasprowicz

premiera: 16 października 2015

fot. Jakub Wittchen

Aleksandra Spilkowska – ur. 1992, studentka krytyki literackiej i wiedzy o teatrze, gdańszczanka mieszkająca w Krakowie.