Kanon na trzy postacie

Kanon na trzy postacie

Chłód północnej Brytanii. Zatęchłe powietrze, snujące jękliwą pieśń pośród poszarzałych wzgórz Szkocji, Irlandii i Walii. A między nimi Frank, Grace i Teddy. Dramat Briana Ariela pobudza zmysły, prowokuje do niełatwych pytań, ukazuje trudne relacje.

By obejrzeć spektakl Wawrzyńca Kostrzewskiego w Teatrze Dramatycznym, kazano nam wdrapać się niemalże na strychy Pałacu Kultury i Nauki. Każdemu krokowi towarzyszył zrzędliwy skrzek starych schodów i charakterystyczny zapach wilgoci. Na scenie, niczym w krzywym zwierciadle, wprost przed nami znajdowały się stare teatralne krzesła, poorane przez czas i naznaczone jakąś smutną siłą. Pokryte rdzą, wzbudzały obawę, że zaraz doświadczymy jakiejś przygnębiającej, ale realistycznej historii. O te ruiny teatru wsparte były trzy postaci, z początku słabo widoczne, potem wyłaniające się z odmętów mroku.

Frank, tytułowy bohater, ulubieniec publiczności i siebie samego, siedzi spokojnie na jednym z krzeseł, oddycha wolno i ciężko przez chustę narzuconą na głowę, jakby chciał się od nas odizolować. Jamniczym mantrę powtarza nazwy wiosek, przez które przyszło bieżyć jemu i jego świcie. Tym samym powoli nawleka je na niewidzialne dla nas sznur, oś czy ciąg przyczynowo-skutkowy. Teddy w oddali odbija od podłogi piłkę jego pupilka Rob Roya. Robi to powoli, wybijając rytm podobny do bicia serca. W spokojną i bezpretensjonalną rytmiczność wgryza się łagodny, ale lekko złowieszczy dźwięk tykającego zegara. Już na początku widzimy, że spektakl – łańcuch zdarzeń w życiu bohaterów – jest niezwykle subtelną symfonią, synestezją doznań wzrokowych, słuchowych, matrycą uczuć, osobistych przeżyć bohaterów.

Cudotwórca jest tą samą opowieścią z perspektywy trzech różnych osób. Bohaterowie tułają się razem od dobrych kilku lat, znają się (jak się zdaje) jak najlepsi przyjaciele, a jednak jest coś w każdym z nich, co nie pozwala spokojnie uwierzyć w ich bliskie relacje. Impresario Teddy i Grace musieli podjąć odważną decyzję, żeby pójść za Frankiem jak apostołowie za Jezusem. Zaufali mu bezgranicznie, pozostawili całe dotychczasowe życie. Poszli za człowiekiem, który był rzekomo uzdrowicielem, a z drugiej strony bezceremonialnie ranił innych. Być może jest to dramat o poszukiwaniu istoty rzeczy. Uosobieniem odnalezienia tego sensu był właśnie Frank – upatrywano w nim oznak zdrowia i spokoju. Jednak na ile rzeczywistego daru posiadał, a na ile był on napędzamy wiarą i zaufaniem innych – to rozstrzygające pytanie i zarazem oś spektaklu, dzieląca go na dwie półkule: wzniosłości i absurdu.

Frank, w którego fantastycznie wcielił się Adam Ferency, budził skrajne uczucia. Jak wspomniałam, Grace przypięła mu etykietę człowieka z łatwością ranienia. Cudotwórca powinien być dla ludzi, być lekarzem dusz, być uosobieniem dobra. Traktował ich jednak jak własne urojenie albo przedłużenie siebie. Gdy cuda, których się podejmował na innych ludziach, urzeczywistniały się mianował je ziszczonymi urojeniami, Ludzie bowiem byli dla niego niczym innym jak elementami w obsesyjnej chęci samorealizacji. Jestem pełna szacunku i składam jak najniższe ukłony w kierunku talentu Adama Ferencego. Nie sądzę, żeby istniało w jego grze cokolwiek, co nawet przez chwilę mogłoby skłonić mnie do refleksji nad fałszem scenicznym. Ferency od początku był swoją postacią, był jej wierny. Nie ulega wątpliwości, że znaczącą rolę w spektaklu odegrały również scenografia i układ świateł, które bardziej podkreślały istnienie mroku niż dobroci światła.

Należałoby powrócić jeszcze do początkowego wrażenia o istnieniu na scenie krzywego odbicia widowni. Krzesła, które odstraszały pleśnią, złowrogim rysem upływu czasu, oznakami zużycia i wyczerpania – nie bez przyczyny prezentowały nam, publiczności, swój smutny majestat. Reżyser umieścił widzów wobec bezlitośnie prawdziwego lustra, nakazał konfrontację. Być może to my jesteśmy ludźmi, którzy są przedłużeniem Franka. Może to właśnie my potrzebujemy sensu, cudu i cudotwórcy?

Aleksandra Pyrkosz, Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 56/2013

Teatr Dramatyczny im. Holoubka w Warszawie

Cudotwórca

Brian Freil

przekład: Elżbieta Jasińska

reżyseria: Wawrzyniec Kostrzewski

scenografia i kostiumy: Marta Dąbrowska-Okrasko
opracowanie muzyczne: Piotr Łabonarski
asystent reżysera: Julian Potrzebny
inspicjentka, suflerka: Barbara Zając

obsada: Marta Król, Adam Ferency, Andrzej Blumenfeld

premiera: 22 marca 2013

fot. mat. teatru

Aleksandra Pyrkosz – rocznik 1988, studentka Socjologii, licencjat z Wiedzy o Teatrze na UJ. Wcześniej publikowała w „Dzienniku Teatralnym”, z „Teatraliami” związana jest od początku. Teatr zawsze był jej pasją.