Z kamerą wśród… ciot (Lubiewo)

Z kamerą wśród… ciot (Lubiewo)

Frywolny, lubieżny, bezpruderyjny spektakl Lubiewo Teatru Nowego z Krakowa stanowił jeden z najmocniejszych punktów programu 28. Dni Sztuki Współczesnej w Białymstoku. Reżyser spektaklu Piotr Sieklucki po raz kolejny udowadnia, że nie boi się tematów tabu, bolesnych, wstydliwych, z którymi polskie społeczeństwo nie potrafi sobie poradzić. Oswaja je w rewelacyjny sposób.

Lubiewo tylko z pozoru stanowi studium homoseksualizmu epoki PRL-u. Brudnego, brutalnego i delikatnego jednocześnie, śmierdzącego moczem i gównem z kabiny miejskiego szaletu, przemocą i spermą raz po raz spluwaną w chusteczkę. Jakże innego od tego popularnie lansowanego w mediach – sterylnego, bezpiecznego seksu z użyciem prezerwatyw, uprawianego przez wycackanych i wylansowanych mężczyzn. Opowieść Michała Witkowskiego ukazuje przede wszystkim ludzi, którzy przez próg domu nigdy nie przepuścili Polski wolnej i kapitalistycznej. Doskonale obrazuje to scenografia – ekspozycja ciuchów rodem z lumpeksu, między którymi widać jakiś święty obrazek. Bohaterowie sztuki żyją gdzieś na marginesie społeczeństwa, w skrajnej biedzie, nie dopuszczając do siebie myśli, że świat idzie do przodu. Zatrzymali się w latach – w ich przekonaniu – dostatku, młodości, porywów ciała i serca, lubieżności i frywolności. Cioty stwierdzają zresztą, że: „gdyby nie upadek komuny, nie dotarłby do Polski AIDS”. Cytując spektakl: „Ich już nic nie spotka. Im zostaje wspominać piękne czasy”. Witkowski, a także Sieklucki, wyjaskrawiają tu stereotypy dotyczące nie tylko peerelowskich ciot, kapitalistycznych gejów, ale także – najprościej rzecz biorąc – współczesnej młodzieży i ich rodziców. Pokazują zamknięcie się jedynie na swój świat, niedopuszczanie do świadomości, że istnieje jeszcze jakiś inny.

Reżyser trudny i ważny temat ogrywa w sposób – momentami – żartobliwy, jednak nie popadając w tanią „bulwarówkowość” czy kabaretowość. Na widowni raz po raz wybuchają salwy śmiechu – bohaterowie na scenie są prześmieszni. Aktorzy kreują postaci z lekka tylko przerysowane, pełnokrwiste, pełne dramatycznego smutku i strachu. Są niezwykle naturalni, oszczędni w gestykulacji. Znajdują po prostu złoty środek. Z drugiej strony po wyjściu ze spektaklu widz uświadamia sobie smutek, który przeziera z obrazu scenicznych postaci. Dociera do niego tragizm – umierają one w samotności, w męczarniach, w zapomnieniu, odrzucone przez „normalną” część społeczeństwa.

Dzięki zabiegowi wprowadzenia głosu narratora (rewelacyjna beznamiętna Krystyna Czubówna) mamy wrażenie, że oglądamy jeden z odcinków z cyklu popularnych programów pt. Z kamerą wśród zwierząt. Daje to pozór oglądania postaci nieludzkich, odczłowieczonych, pozwala na sceniczne osoby spojrzeć ze sporym dystansem. Cioty poznajemy w różnych sytuacjach i różnych stadiach życia: na początku jako kilkunastoletnich chłopców, którzy dopiero poznają swoją seksualność i odkrywają swoje prawdziwe ja, później jako namiętnych kochanków, aż po osamotnione, zagubione i małe, bezbronne wobec śmierci i choroby istoty.

Spektakl Siekluckiego ujmuje bezkompromisowością języka, którym operują bohaterowie. Zawsze celny, cięty, mówiący wprost o sytuacji, w jakiej się znajdują. Znakomite jest aktorstwo Pawła Sanakiewicza i Janusza Marchwińskiego, którzy wcielają się w Lukrecję i Patrycję, wykorzystując cały wachlarz aktorskich trików. Wszystkie te elementy dają kilkadziesiąt minut przyjemności. Fakt – na początku teksty padające na scenie wydają się żenujące – jednak po obejrzeniu całości już wcale nie rażą.

Scena pogrzebów i zaduszek nad grobami peerelowskich ciot i cioteczek jest symboliczna. Jest pogrzebem marzeń, mitów, epoki, stylu życia. Przede wszystkim jest jednak końcem strachu, choroby i cierpienia. Życia w ukryciu. Końcem życia z AIDS – przedstawionego w sposób bardzo subtelny przez tancerza Mikołaja Mikołajczyka. Z początku niewinnego, ogarniającego coraz więcej ciała, na końcu mordującego wirusa. Zderzenie tej sceny z piosenką Somebody that I used to know Gotye nadaje popularnemu popowemu utworowi zupełnie nowy sens. Banalna opowiastka o zakochaniu staje się dramatyczną opowieścią o walce, o pozornej „miłości” choroby. Tęsknym wołaniem o życie.

Anna Petynia, Teatralia Rzeszów
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 62/2013

28. Dni Sztuki Współczesnej, 17–16 maja 2013, Białostocki Ośrodek Kultury

Teatr Nowy w Krakowie

Lubiewo

Michał Witkowski

reżyseria: Piotr Sieklucki, scenografia: Łukasz Błażejewski, choreografia: Mikołaj Mikołajczyk, głos: Krystyna Czubówna

obsada: Paweł Sanakiewicz (Lukrecja), Janusz Marchwiński (Patrycja), Teofil Pietroń (Śnieżka), Mikołaj Mikołajczyk (AIDS)

premiera: 5 listopada 2011

Anna Petynia – ur. 16 września 1988 w Przemyślu. Absolwentka informacji naukowej i bibliotekoznawstwa na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Publikowała w wielu gazetach studenckich, m.in. „Ofensywie”, „Głosie Humanisty”, czy „5Ścianie”. Od stycznia 2008 w redakcji „Teatraliów”. Nie tylko relacjonuje lubelskie życie teatralne, lecz także współtworzy gazety („Fora Nova”, „Na stronie”) na festiwalach teatralnych.