Jednoosobowa fabryka cudów (Jan Peszek. Podwójne solo)

Jednoosobowa fabryka cudów (Jan Peszek. Podwójne solo)

Niepoprawny figlarz, wieczny komediant czarodziej sceny, wulkan energii, profesjonalista w każdym calu, artysta totalny. Wszystkie wymienione określenia i tak nie pozwolą na odmalowanie wizerunku Jana Peszka.

Na widowni jeszcze nie wyciemniono świateł, kiedy na scenę wchodzi on –  Jan Peszek. Właściwie, wygląda jak belfer. Czy wybitnego artystę można rozpoznać po ubiorze lub po gębie? – zdaje się pytać. Peszek to mistrz kontrapunktu – zrobi z siebie największego błazna, byle tylko uniknąć banalności, kiedy monologuje na filozoficzne tematy. Bardzo chytrze gra z konwencjonalnymi wyobrażeniami widza o teatrze jako o wysokiej sztuce i kulturalnej rozrywce. Obrzydliwy i piękny jednocześnie, gdy pochłania jabłko, aby z pełnymi ustami w sposób absolutnie niezrozumiały kontynuować natchniony wykład o dziele sztuki. Prawdopodobnie właśnie kpi sobie z nas, widzów. Może należałoby się obrazić. Choćby dla zasady. Są jednak ludzie, na których nie da się gniewać – on do nich należy.

Na całość performansu składają się Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego Bogusława Schaeffera i Dośpiewanie. Autobiografia. Pierwszy tytuł Peszek gra od 38 lat i trudno dziś bez niego wyobrazić sobie polski teatr drugiej połowy ubiegłego wieku. Z kolei Dośpiewanie… jest jeszcze nieopierzonym bytem scenicznym. Warto przyjrzeć się relacji, w jaką wchodzą obie części. Scenariusz… wydaje się – mimo licznych wygłupów – bardziej podporządkowany formie. Być może wynika to z tematyki – dotyczy bowiem sztuki. W drugiej części jako inspiracja pojawia się prywatne życie. Oczywiście nie w skali jeden do jednego. Tym razem belfra zastępuje showman w ekstrawaganckiej, połyskującej marynarce. Jego zadaniem będzie dośpiewanie fragmentów do Glenna Goulda dośpiewującego Wariacje Goldbergowskie Jana Sebastiana Bacha. Wśród dośpiewywanych kawałków znajdują się także te momenty z życia, o których Jan Peszek wolałby zapomnieć. Na przykład warsztaty choreograficzne z Mercem Cunninghamem, gdzie ujawniła się blokada psychiczna młodego Polaka przed nagością na scenie. Są też i te najcenniejsze wspomnienia, jak oświadczyny w wieku sześciu lat, zakończone trwającym do dziś małżeństwem. Nie doświadczymy jednak jubileuszowego odśpiewania historyjek. Peszek koncentruje się na dźwiękach i antydźwiękach, czyli wszelkich zgrzytach, piskach, przypadkowych i nieprzypadkowych hałasach. I na tym właśnie polega istota relacji między częściami solo: narracja może być prowadzona zarówno słowem i działaniem, jak i dźwiękiem, hałasem, muzyką, a efekt końcowy pozostanie idealnie spójny.

Drabina, jabłko, wiadro czy prześcieradło nie pojawiają się jako rekwizyty służące utożsamieniu się z rolą lub budowaniu odpowiedniego nastroju. Tworzą raczej oryginalną odmianę teatru przedmiotu. Dzięki ich obecności uwydatniają się możliwości kreacyjne na linii człowiek-rzecz. Bo przedmiot – gdy mu na to pozwolić – zaczyna swoją grę. U boku aktora puszka wypełniona wodą, odpowiednio nakłuta i przechylona, staje się kolegą, naprędce zaspakajającym jedną z potrzeb fizjologicznych. Co gorsza – w miejscu publicznym. Artysta nie tylko potrafi dopatrzyć się w rzeczach potencjalnych partnerów do odegrania roli, ale też uważnie słucha. Ścierkę do podłogi podnosi do rangi instrumentu muzycznego. Właściwie trudno nie przyznać mu racji, że mokry kawałek materiału przeciągany po plastikowej żyłce brzmi nie mniej szlachetnie niż skrzypce.

W przypadku monodramu, kiedy praktycznie każdy nowy element wybija się ponad poprzedni, aż trudno wyobrazić sobie, jak w finale uda się zatrzymać tę rozpędzoną maszynę. Nie wiem, czy właściwie w ogóle można przerwać jej pęd, czy raczej tylko na chwilę zwolnić, by wjechać na inne tory. Tak czy inaczej – dostajemy wymowną, wzruszającą, ale i niepozbawioną humoru scenę. Peszek siada na krześle. Mebel jak mebel, może tylko trochę niski. Za niski. I za bardzo kojarzący się z starym, wysłużonym krzesłem, które dla Glenna Goulda w młodości wykonał ojciec. Na innym nie potrafił siedzieć przy fortepianie. Kolejny raz rzecz otrzymuje głos, aby opowiedzieć historię. Dopełnieniem stają się dwie czarno-białe fotografie. Po lewej Bach, po prawej Gould. A w środku Peszek.

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 95/2014

Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Jan Peszek. Podwójne solo

reżyseria i wykonanie: Jan Peszek

Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego Bogusława Schaeffera

 Dośpiewanie. Autobiografia

koncept i reżyseria: Cezary Tomaszewski

kostiumy: Julia Kornacka

materiał biograficzny i wykonanie: Jan Peszek

premiera: 24 lutego 2014

fot. mat. teatru

Agnieszka Dziedzic – rocznik 1987, studentka dramatologii – UJ, od 2008 roku związana Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”, gdzie publikowała swoje teksty i pełniła funkcję redaktora oddziału Kraków. Interesują ją „błędy” w sztuce – teatr, który nie chce być modny, architektura, która potrafi odstraszyć, literatura, która bredzi, choć czyni to z urokiem. A ostatnio także teatr lalek.