Jądro ciemności (Bachantki)

Jądro ciemności (Bachantki)

Na wyciemnionej scenie złowieszczy las choinek. Zza niego dobiega dziki wrzask bachantek. Święto trwa. Poza tym same pół-widoki. Nie zobaczymy ekstatycznych misteriów, orgiastycznych obrzędów, nawet bohaterowie będą niejako pół-obecni. To teatr czystego złudzenia, ulotny jak koszmar, nieuchwytny niczym bóg.

Bachantki w reżyserii Kamili Michalak powstały jako spektakl egzaminacyjny na temat Cud w teatrze. I właśnie konsystencję cudu przybierają. Efemeryczny, mitologiczny świat kreowany jest grą światła, które zdaje się opowiadać własną – choć równoległą do Eurypidesowej – historię odwiecznej walki między blaskiem a cieniem. Trudno wyobrazić sobie bardziej dotkliwy komentarz do tego – tak bardzo mrocznego i niepojętego – tekstu. Do tragedii zmuszającej reżysera do „dotykania” boga, ucieleśniania świętości. Wszak Dionizos nie występuje tu jako idea, wyobrażenie czy niewidzialny mistrz ceremonii, a bezpośrednio uczestniczy w zdarzeniach. Trzeba podjąć się niełatwego wyzwania dociekania istoty bóstwa. Nie idzie tu oczywiście o przebieranki – niejeden nadprzyrodzony wędrował już przecież po teatralnych scenach – lecz o draśnięcie choć rąbka tajemnicy. Michalak czyni to chłodną dłonią mistrzyni iluzji.

Mściwy Dionizos, opętane kobiety, odważny Penteusz i niemożliwy do wyobrażenia dramat Agaue. Straszliwa nawałnica zbrodni i jeszcze straszniejsze ich rozpoznanie. Samotność, która przychodzi, gdy następuje (pozornie tylko zbawienne) otrzeźwienie. Reżyser przedstawia ową niepojętość mroku, na przemian zaczarowując i odczarowując świat. Tak – w niespełna godzinnym widowisku – zostaje opowiedziana historia zranionego boga, okrutnie bawiącego się ludźmi jak marionetkami, bez wahania realizującego zarazem krwawe i perwersyjne scenariusze. Nam jednak pozostają słowa oraz spustoszone bólem i zapamiętanymi obrazami demonów twarze tych, co osiągnęli dno rozpusty. Rzeź odbywa się bowiem poza granicą widzialności.

Powściągliwa scenografia Małgorzaty Dąbrowskiej skrywa w sobie tajemnice. Wyczuwa się w niej atmosferę zarówno świętego, jak i zbrukanego miejsca. Niepokoi i zachwyca. Stanowi doskonałą ramę dla pomieszczenia tej potężnej sztuki, w którą twórcy wpletli równie piękną i pełną napięcia operę Egona Wellesza. Zdaje się, że bachantkom nie przystoi zawodzić inaczej niż operowo. Powstaje efekt niekiczowatego patosu i tak ocalony zostaje honor tragików. Z lasu niespiesznie wyparowuje nadzieja z pierwszych taktów opowieści. Zbliżamy się do jądra ciemności. Próżno szukać ratunku.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, nr 77/2013 

Forum Młodej Reżyserii, 14-17 listopada 2013

Akademia Teatralna im. Adama Zelwerowicza w Warszawie

Eurypides

Bachantki

tłumaczenie: Zygmunt Węclewski
reżyseria: Kamila Michalak
opieka pedagogiczna: prof. Jarosław Kilian
scenografia: Małgorzata Dąbrowska
muzyka: Egon Wellesz
przetworzenie dźwięku: Marcin Wolniewicz
obsada: Kamil Przystał, Kacper Matula, Bartosz Miłosz Martyna, Jacek Różański, Sławomir Głazek, śpiewaczka: Aleksandra Klimczak

Alicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.