To ja jestem Kordelią

To ja jestem Kordelią

Performans Cordelia, mein Kind Deborah Leiser-Moore, oparty na motywach historii króla Leara, jest usilną próbą odnalezienia literackiej paraleli  dla historii życia australijskiej artystki. Podobna mityzacja stawia jednak biografię  na straconej pozycji – to właśnie ją podporządkowano obcej i nieprawdziwej opowieści, a nie odwrotnie.

Trudno oceniać jakość analogicznych przedstawień z uwagi na ich ekstremalnie osobisty – by nie powiedzieć wprost prywatny – charakter.  Na ciemnej ścianie znajduje się ekran, po prawej ręce widza wisi zaczepiona u sufitu biała wstęga materiału, a na niej wyświetla się raz po raz wstrzymywany film, w którym starszy mężczyzna w plastikowej koronie próbuje zapanować nad swoją mimiką. Na podłodze rozsypano nieco piasku, a nad sceną z prawej strony zawieszono egzemplarz Króla Leara, z lewej – uszykowano trzy spinacze, na których performerka zawiesi wkrótce kartki z wyciętymi postaciami – dwiema siostrami Kordelii. Ostatni arkusz zaś zgniecie i wyrzuci.

Leiser-Moore opowiada o żydowskich korzeniach swojej rodziny, która tułała się po wielu krajach aż do roku 1939, kiedy część jej członków nagle zniknęła, co z kolei w żaden sposób nie zostało skomentowane. Kordelia-Deborah ma pretensje do ojca o to, że nie mówi jej nic o ich przeszłości. Artystka upatruje w jego milczeniu powód niewymawialności własnych uczuć. Wykonawczyni przywołuje jeszcze jedną analogię – upatrywaną tym razem w pierwszej żydowskiej wersji dramatu Szekspira, wystawionej w Rosji w 1920 roku.  Ta piętrowa konstrukcja spektaklu, skądinąd ciekawa, tylko komplikuje przekaz, uzupełniany przez nagminnie przywoływany motyw pociągu, którego szyny – mimo ruchu naprzód – nieustannie osadzają go w przeszłości. Ten zabieg dodatkowo obciąża i tak już zagęszczoną treść performansu, przywołuje bowiem skojarzenie z transportem ludzi do obozów zagłady.

Przekaz nieco kłóci się ze sposobem jego artykułowania. Mnogość gestów, których wykonanie czasami ciężko uzasadnić, a także ich narzucająca się – w złym znaczeniu tego słowa – teatralność nie pomagały w zrozumieniu dość skomplikowanej całości. Należy jednak zaakcentować odwagę w ujawnianiu własnej historii i konfrontacji Polaków z doświadczeniami córki wygnańca, jak choćby podróży pociągiem do Krakowa, podczas której Leiser-Moore miała  na szyi wisiorek w kształcie gwiazdy Dawida, co spotkało się z bardzo nieprzychylną reakcją współpasażerów. Wielość wątków poruszanych w spektaklu świadczy o tym, że opowieść ta jest wciąż boleśnie żywa  dla artystki – tym gorzej zatem, że Australijka zbyt dosłownie i nieco na siłę starała przeistoczyć się w Szekspirowską Kordelię.

 Joanna Żabnicka, Teatralia Poznań
Internetowy Magazyn „Teatralia”. Dodatek festiwalowy do numeru 66/2013
„Shakespeare Daily. Gazeta Szekspirowska” nr 2, dnia 2 sierpnia 2013

 

Cordelia, Mein Kind

reż. Deborah Leiser-Moore