Irish cream (Nie czekajcie)

Irish cream (Nie czekajcie)

Polska emigracja to zjawisko starsze niż masowy szturm na Anglię i Irlandię po otwarciu europejskich granic. O wiele nawet starsze niż stan wojenny, pociągi odjeżdżające na Zachód po marcu ’68, mroczne lata stalinowskie. Nic więc dziwnego, że niejeden twórca interesował się tym problemem i przekładał go na język sztuki. Często z tego zainteresowania powstawały arcydzieła. Jednak nie tym razem.

Spektakl w reżyserii Roberta Zawadzkiego to opowieść o trójce młodych Polaków, których los rzucił na głęboką wodę emigracyjnej rzeczywistości, do Dublina. Wyjeżdżali pełni marzeń o wielkiej karierze i jeszcze większych pieniądzach. Marzenia jednak szybko pękły pod naporem szarej, brutalnej codzienności. Magdalena pracuje „w kebabie” i codziennie przynosi do domu zapach przysmażonej cebuli i baraniny – na włosach, skórze i ubraniu. Cezary studiuje sztuki wizualne, ale bez żadnych sukcesów. Do tego wypadają mu włosy i brakuje weny do nakręcenia filmu na zaliczenie semestru. A Bogdan prowadzi szemrane interesy i zmusza Magdę do prostytucji, aby zarobić na nowy telefon i codzienne wydatki. Jest jeszcze tajemniczy i nieco kuriozalny „Celt”, który przed laty przybył tu jako emigrant polityczny z Polski, po czym stoczył się i zwariował.

Problemy poruszane w Nie czekajcie są bez wątpienia istotne i aktualne. Są również nieco zużyte, utarte i nie wnoszą nic nowego do dyskursu społecznego o współczesnej emigracji zarobkowej, która rzeczywiście stanowi znak czasów. Pozbawieni wyrazu bohaterowie być może dobrze poradziliby sobie w telenoweli czy na okładce „Super Expressu”, ale na scenicznych deskach wypadają blado, szaro i schematycznie. Owa stereotypowość tak bardzo daje o sobie znać, że momentami przywodzi na myśl moralitetowe postaci w nowoczesnym wydaniu, reprezentujące w nader wyrazisty sposób konkretne grupy ludzkości. Mamy tu zatem studenta-hipstera, osiłka-cwaniaczka i naiwną nastolatkę u progu dorosłego życia. Typowy zestaw emigracyjny.

Choreografia składa się z układów kanciastych ruchów, które w symboliczny sposób nawiązują do wykonywania określonych czynności. Obecność tego systemu ruchowego wprowadza pewną regularność, uporządkowanie kompozycyjne do spektaklu, jednak sprawia również wrażenie déjà vu – to już gdzieś kiedyś było. Szczególnie bogata w znaki jest scena wielkanocnej mszy, która w nieco banalny sposób parodiuje polsko-sarmackie przywiązanie do tradycji i religii, choćby tylko od święta, oraz tęsknotę za ojczyzną i ciepłym kotletem w rodzinnym domu.

Największa słabość spektaklu Nie czekajcie tkwi w jego przewidywalności – właściwie od początku można się domyślać, jak rozwinie się akcja, jakie niezwykłe perypetie czekają bohaterów. Niewielkim urozmaiceniem jest osoba Celta, z jego chropowatym głosem i zamaszystą grą. Ale nawet on nie ratuje całości, zwłaszcza że stanowi raczej coś w rodzaju żywego elementu scenografii, fałszywy znak irlandzkości (aby widz na pewno zorientował się, gdzie toczy się akcja) niż pełnowymiarową postać. Spektakl pozostawia zatem nieodparte uczucie znudzenia i zawodu. Konfrontacja oczekiwań i rzeczywistości rozegrała się nie tylko na płaszczyźnie dramatu, lecz także wśród (przynajmniej części) publiczności. Mogło być nowatorsko i ambitnie, wyszło miałko.

Katarzyna Łupińska, Teatralia Lublin
Internetowy Magazyn „Teatralia” 114/ 2014

9. Międzynarodowy Festiwal Konfrontacje Teatralne

Centrum Kultury w Lublinie

Teatr im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu

Nie czekajcie

tekst: Szymon Bogacz (na podstawie sztuki Kebab Gianiny Cărbunariu)
tłumaczenie, adaptacja i reżyseria: Robert Zawadzki
dramaturgia: Szymon Bogacz
scenografia: Katarzyna Szukszta
choreografia: Katarzyna Kostrzewa

obsada: Kornelia Angowska, Włodzimierz Dyła, Michał Kosela, Piotr Mokrzycki

premiera lublińska: 17 października 2014

fot. Maciej Rukasz