Intryga – najznamienitsza z dworskich sztuk (Pierścień i róża)

XIX-wieczna powieść fantastyczna Pierścień i róża Williama Makepeace’a Thackeraya przez większość dorosłych osób, które już miały ją w ręku, uważana jest za jedną z niezapomnianych lektur. Dziś ta nieco „przykurzona” książka ponownie została przypomniana na teatralnej scenie. Tym razem stało się to za sprawą Pawła Aignera, który wyreżyserował powieść Thackeraya w Teatrze Lalek Banialuka.

Znaczna część akcji bielskiego przedstawienia oscyluje wokół miłosnych perypetii księcia Lulejki –osią spektaklu są dworskie intrygi, snute przez osoby z jego otoczenia. Głównym ich celem jest uniknięcie roszczeń ze strony prawowitego władcy Paflagonii oraz utrzymanie wpływów przez uzurpatorów. Tu nie miłość, lecz pieniądze i władza odgrywają najważniejszą rolę. Oczywiście dworskie intrygi nie miałyby takiej mocy, gdyby nie magiczne przedmioty odmieniające sposób, w jaki inni postrzegają noszące je osoby. Mowa oczywiście o pierścieniu i róży, czyli darach Czarnej Wróżki dla matek Róży i Lulejki, które w toku akcji nie zawsze trafiają we właściwe ręce… W przypadku Gburii Furii, Angeliki czy Bulbo ukrywają one zarówno ich fizyczne niedoskonałości (niezbyt atrakcyjny wygląd), jak i ułomności charakteru (złośliwość, chciwość, podłość). Natomiast u Rózi pierścień wydobywa zalety dziewczyny, sprawiając, że wszyscy mężczyźni dostrzegają jej urodę i pragną zdobyć ją tylko dla siebie. Czymże jednak byłaby historia dwojga zakochanych, gdyby nie potrzeba ratowania wybranki serca? Właśnie to motywuje Lulejkę do walki i w efekcie przyczynia się do przywrócenia należytych rządów. Zanim to jednak następuje, Różyczka zostaje cudownie ocalona przed śmiercią na arenie, na którą skazał ją uzurpator zasiadający na tronie Krymtatarii – niczym w antycznym teatrze nadchodzi deux ex machina, bohaterka zjawia się siedząc na figurze lwa, którą na scenę wpycha członek obsługi technicznej. To jeden z wielu scenicznych chwytów, za sprawą których twórcy spektaklu puszczają oko do widza.

Niezwykła siła, jaką jest prawdziwa miłość, sprawia, że nawet bez magicznego pierścienia Różyczka nadal jest dla Lulejki tą samą piękną osobą, którą była w momencie, kiedy założyła go po raz pierwszy. Spektakl udowadnia, że prawdziwa i szczera miłość, pozbawiona wszelkich ozdobników, jest w życiu najistotniejsza. Równie ważna jest lekcja płynaca ze spektaklu – o zbawiennej roli cierpienia w życiu, której młodym udziela Czarna Wróżka. To właśnie cierpienie kształtuje charakter i pozwala dostrzegać rzeczy ważne, podczas gdy życie w dostatku i spokoju zapewnione czarodziejskimi darami zdaje się powodować zepsucie osobowości.

Warto zwrócić uwagę na surrealistyczną scenografię, w której bez zmian dekoracji odbywa się akcja przedstawienia. Tworzą ją między innymi zwisające nad sceną meble oraz rozdarty mur „spięty agrafką”. Od początku wprowadza  odczucie „dziwności” wzmagane przez kolejne rozwiązania inscenizacyjne. Warto wspomnieć o kostiumach bohaterów, w których dominuje łączenie elementów z różnych epok, stanowiących znaki-symbole odnoszące odbiorcę do konkretnych skojarzeń kulturowych i historycznych. W płaszczu i czapce Bulbo można doszukać się odniesień do niedawnych dziejów Europy i okresu drugiej wojny światowej, z kolei kostium stryja Lulejki (uzupełniony przez perukę i wymyślny kapelusz z kwiatami) przywodzi na myśl stroje z epoki Ludwika XIV. Należy również napisać o dziwnie odzianych rycerzach prawowitego władcy Paflagonii, wśród których wymienić można hokeistę czy kobietę z czarną chustą na głowie i karabinem w ręku. W opozycji do większości postaci, strój Rózi jest skromny. Ta typowa dla baśniowych historii opozycja uwydatniona jest dodatkowo przez charakteryzację – podczas gdy zaginiona dziedziczka tronu Krymtatarii ma jedynie podkreślone usta, pozostałe bohaterki posiadają wyrazisty, kolorowy, wręcz tęczowy makijaż, który dodatkowo uwidacznia karykaturalność tych postaci. Zastosowany w spektaklu swoisty eklektyzm, w którym „elegancja” dawnych epok łączy się chociażby ze współczesną interpretacją stylu militarnego, nie razi  odbiorcy. Co więcej, za innym angielskim autorem, Williamem Szekspirem, można by powiedzieć, że „w tym szaleństwie jest metoda” – z pozoru chaotyczna strona wizualna przedstawienia układa się w dziwnie logiczną całość, jaką jest koncepcja Aignera.

Rozwiązania scenograficzne spełzłyby jednak na niczym, a kostiumy byłyby jedynie nietuzinkowymi wydmuszkami, gdyby nie przerysowana, groteskowa, a zarazem znakomita i niezwykle równa gra całego zespołu. I chociaż trudno to uczynić, wyróżnić można Ryszarda Sypniewskiego jako Czarną Wróżkę, Magdalenę Obidowską w roli wstrętnej Angeliki, Ziemowita Ptaszkowskiego wcielającego się w nieco nieporadnego, acz szlachetnego księcia Lulejkę oraz Małgorzatę Król kreującą wyrazistą rolę Gburii Furii. Na oklaski i uznanie zasługuje jednak cały zespół.

Niezwykle interesująca jest również warstwa muzyczna spektaklu, w którym odwoływano się  do muzyki klezmerskiej, a momentami można było odnieść wrażenie, że poszczególne utwory nawiązują wprost do dźwięków z Nowego Orleanu – kolebki jazzu. Podobnie jak w polskiej ekranizacji powieści Thackeraya Jerzego Gruzy z 1986 roku, z Katarzyną Figurą, Krystyną Tkacz, Zbigniewem Zamachowskim i Januszem Rewińskim, również inscenizacja Pawła Aignera zawiera wykonywane przez aktorów piosenki. Trafne teksty Macieja Wojtyszki powodują, że niektóre utwory, w tym ten o bezsensowności wojennej śmierci, można przyrównać do brechtowskich songów. To jednak nie jedyne odwołanie do twórczości niemieckiego dramaturga. Na początku i końcu spektaklu, przed podniesieniem kurtyny i tuż po jej opuszczeniu, głos z offu informuje widzów w języku angielskim między innymi o zakazie rejestrowania spektaklu, a także przedstawia głównych bohaterów tej historii. Również aktorzy przełamują barierę czwartej ściany i swobodnie, acz w niewielkim stopniu, angażują odbiorców w swoją grę. Ta metateatralność doskonale wpisuje się w całościową koncepcję przedstawienia.

Mimo skomplikowanej fabuły i efektów spektakl jest niezwykle spójny. Dzieje się to za sprawą ciekawej adaptacji tekstu Henryki Królikowskiej i zmysłu reżyserskiego Pawła Aignera, którego wielość pomysłów w większości do mnie przemawia. Muszę też przyznać, że z miłą chęcią obejrzałabym ten spektakl raz jeszcze…

Magdalena Czerny, Teatralia Śląsk
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 95/2014

William Makepeace Thackeray
Pierścień i róża
przekład: Zofia Rogoszówna
adaptacja: Henryka Królikowska
teksty piosenek: Maciej Wojtyszko
reżyseria: Paweł Aigner
scenografia: Pavel Hubicka
muzyka: Zbigniew Karnecki
choreografia: Karolina Garbacik

występują: Maria Byrska, Małgorzata Król, Marta Marzęcka, Magdalena Obidowska, Władysław Aniszewski, Konrad Ignatowski, Włodzimierz Pohl, Ziemowit Ptaszkowski, Ryszard Sypniewski
premiera: 21 marca 2014

fot. Darek Dudziak