Imagine there’s no heaven

Imagine there’s no heaven

Bohater jest wkurwiony. Na to, że nie może Go znaleźć. Na słońce na pustym, błękitnym niebie. Na choroby nerek. Na matki upośledzonych dzieci. Na to, że nikt już nie pamięta o Charliem Parkerze, najwspanialszym saksofoniście w historii jazzu. Na zdjęcie Sartre’a, które spada ze ściany i uniemożliwia tym samym rytualny dialog (Jean-Paul Sartre, powieściopisarz, dramaturg, eseista i filozof francuski, okazuje się zwykłym „chujem”). Na to, że ludzi, do których mówi, zdaje się nie przerażać deszcz kamieni, przecież prawdopodobny. Na samotność. Na to, że świat, bezmyślnie i głupio, a na dodatek jednomyślnie, nie boi się nieba.

Początek monodramu Część I: Bóg w reżyserii Radosława Rychcika przypomina artystyczną instalację – pod wyklejoną rozmaitymi nieświętymi obrazkami ścianą bezgłośnie leży i jakby umiera domniemany twórca tego kolażu (Bohater). I nie wiadomo, czy to ciągle pokój, czy już może metafora. Bo co to za dom? Czyje to wnętrze? Bohatera – oczywiście. Mężczyzny, który pomiędzy szarymi ścianami przeżywa naznaczoną egzystencjalnym gniewem tragedię, jedną z tych pozornie niewielkich, niezauważalnych, a przez co – paradoksalnie – tym bardziej doszczętnych. Ale to miejsce nie istnieje, bo jakże zaistnieć miałyby ściany zbudowane z obłędu, obsesji i wspomnień. I jak na gruncie poćwiartowanej tożsamości mógłby stanąć dom. A jednak tworzy się tam jakiś niepojęty wszechświat.

Przestrzeń – tak jak Bohater – zarazem jest i nie jest. Bohater żyje, ale nikt za to głowy nie da – tak długo leżał przecież bez ruchu (niejako „doumierał” na naszych oczach) i tak bardzo krwawi. Lękamy się o jego zdrowie. Na dodatek, odziany jest w czarny frak, który nie przypadkiem chyba pozwala przypuszczać, że oto obcujemy z romantycznym, wychylonym w wieczność upiorem. Może słuchamy głośno gadającego trupa, co to się szelmowsko w Pana Boga bawi. Na ziemi trzymają go jeszcze papierosy (pali jak Dean albo Bogart), parę płyt (nie dotykajcie jego płyt!) oraz wstręt do nieba.

Bohater staje przed nami skazany na siebie, wściekły, trochę zakochany, zdradzony, rozczarowany, spleciony w śmiercionośnym uścisku ze wszystkimi, którym się nie udało, zmuszony do gadania. Nie może milczeć. Gna go niewypowiedziany przymus przemawiania i wygrażania, przywdziewania kolejnych masek. Bohater cierpi i prowokuje, nie kryjąc przy tym niemałej dozy satysfakcji, którą czerpie z podejmowanych działań. Ale nie chodzi tu o karnawałowy szał rozmaitości perspektyw i grzeszną uciechę ze wślizgiwania się w postać Stwórcy – wpisana w postać Bohatera wielogłosowość jest świadectwem nieustępliwości oraz zawziętości człowieka, który w swoistej przymierzalni imion próbuje odnaleźć właściwą sobie tożsamość. Nie ma na to szans, więc wzbudza czułość. W końcu uruchamia gramofon. Zdaje się symbolicznie odmawiać udziału w przeżywaniu kolejnych etapów farsy istnienia, starając się jednocześnie uciszyć świadomość tego, że po prostu nie wie, jak przeżyć kolejne dziesięć minut czy lat. Bohater bez przyszłości trwa w melodii, która pozostaje niezmienna i młoda. Już dawno żaden mężczyzna nie wydawał mi się bardziej przejmujący. Dogłębnie zatopiony w istnieniu, chyba nie wie, że ginie. Nie ma w tym piękna ani chwały.

Tomasz Nosinski świetnie radzi sobie ze swoim nieuchwytnym, nierozpoznanym, ukazanym w spięciu Bohaterem. Jest zarazem kapryśny, przewrotny i kokieteryjny, nieracjonalny i „nieupraszczalny”. Kreowana przez niego figura urokliwego szaleńca w kryzysie, analogicznie do formuły całego monodramu, zbliża się do wolnej, wykolejonej formy. Przy czym owo wytrącenie nie jest obrazem twórczej bezradności, ale symbolem ogólnoludzkiej bezbronności wobec tajemnicy istnienia, czyli na zawsze nieprzeniknionego mroku. Jedyne możliwe światło wydaje się światłem rozpaczy, blaskiem utrapienia. Złośliwy uśmiech aktora pozostawia dysonanse niepokoju, niepostrzeżenie rozsadza wszelkie prawdy objawione.

Myśli Bohatera galopują, ale pozorna lekkość aroganckiej kpiny w gruncie rzeczy jest złudna i niepewna. Dogmaty wydają się coraz dziwaczniejsze i nagle okazuje się, że właściwe, poprawne i prawdziwe może być cokolwiek. Tylko głupiec wierzy, że może sobie iść gdzie mu się podoba, a niebo niespodziewanie nie spadnie mu na głowę. Koniec z pewnością, dziecinko. Porażający punkt dojścia. Niewiele widziałam spektakli mocniejszych i bardziej cierpkich.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 48/2013

Teatr Nowy w Krakowie

Część pierwsza: Bóg

autor tekstu: Jan Czapliński

reżyseria: Radosław Rychcik

muzyka: Michał Lis i Piotr Lis

reżyseria światła: Marek Kutnik

obsada: Tomasz Nosinski

premiera: 14 grudnia 2012

 Alicja Müller – rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.