Ile prawdy w prawdzie? (Sopot Non-Fiction 2013)

Ile prawdy w prawdzie? (Sopot Non-Fiction 2013)

Ostatni tydzień wakacji, Sopot i artyści teatralni z całego kraju: reżyserzy, dramaturdzy, dramatopisarze, aktorzy, choreografowie, tancerze. Wszyscy przybyli na Festiwal Sopot Non-Fiction, by podczas rezydencji stworzyć pierwsze zalążki przyszłych spektakli. Ponadto pokazy przedstawień, czytania, wykład i wielogodzinne dyskusje. Wszystko to non-fiction czyli inspirowane teatrem dokumentalnym i jego odmianami: od tej najbardziej radykalnej po tę jedynie czerpiącą z głównych jego idei i założeń. Efekty ich prac można było zobaczyć podczas dwudniowego maratonu prawdziwej sztuki.

Druga edycja Festiwalu Sopot Non-Fiction nie tylko zapewniła artystom dogodne warunki do pracy, ale przede wszystkim zwróciła uwagę na powracający na polskie sceny teatr dokumentalny. Ten może nam w pierwszej chwili przywodzić na myśl teatr agitacyjno-propagandowy sprzed kilkudziesięciu lat, jednak nie tym razem. Powrót na polskie sceny tradycji najbardziej spopularyzowanej w Wielkiej Brytanii i Rosji to zdarzenie, którego nie można przeoczyć, zważywszy na nowoczesne technologie zapisu rzeczywistości. To one otwierają twórcom nowe drogi do przeniesienia realiów w przestrzeń, która zdawać by się mogła zaprzeczeniem tego, co prawdziwe. Kreacja teatralna nie wyklucza jednak dokumentalizmu. Problemem może okazać się zawierzenie realności świata przedstawionego, co jeszcze wyżej stawia poprzeczkę artystom gotowym na zmierzenie się z zarejestrowanym materiałem, a czasem i żywą tkanką – ludźmi: świadkami czy uczestnikami zdarzeń. Może to oznaczać ogrom pracy dokumentalnej, ale i oddanie głosu prawdzie. I choć historia tego teatru musiała zmierzyć się z argumentem Fryderyka Nietzschego „fakty nie istnieją”, goście zaproszeni na rezydencję ukazali wartość tego pękniętego faktu, który umożliwia poszukiwania idealnego modelu wypowiedzi na wybrany temat.

Jak się okazało podczas samego Festiwalu, teatr dokumentalny jest dla twórców trudnym wyzwaniem nie tylko ze względu na kwestie wiarygodności swojego dzieła. Do tego aspektu dochodzi problem tematu samego w sobie. Można się było o tym przekonać podczas czytania sztuki autorstwa Marzeny Sadochy Media Medea. Jak można wywnioskować już po tytule, poruszał on problematykę dzieciobójczyń. Jednak podczas dyskusji na pierwszy plan wysuwała się znana wszystkim z mediów sprawa Katarzyny W., która choć obecna w samym utworze, nie była jego jedyną inspiracją. Trudno pokonać barierę uprzedzeń widowni w stosunku do samego tematu. Bohater, który już od pierwszych słów padających ze sceny jest skazany na niechęć ze strony odbiorcy, to niełatwy przyjaciel dramatopisarza. W dyskusji nietrudno zgubić walory samego tekstu i powiązań, które udaje się nakreślić twórcy. I choć Media Medea to ciekawy, boleśnie aktualny dramat czerpiący zarówno z antyku, jak i z ponowoczesności, słuchacz szybciej dostrzeże i wyostrzy cienie bulwersujących sensacji. Z podobnym problemem musiała zmierzyć się jedna z najsilniejszych grup tegorocznej rezydencji – zespół Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Paweł Łysak, Artur Pałyga i Paweł Sztarbowski postanowili dać drugie życie postaci Andrzeja Leppera. Pierwszy szkic spektaklu Strach i nędza III RP, którego premiera przewidywana jest na 2014 rok, został skonfrontowany z publicznością. Sama warstwa tekstu wiele czerpie z Wesela Stanisława Wyspiańskiego, zarówno symbolem, jak i wierszowaną formą. Ten zabieg okazał się wyjątkowo trafny nie tylko ze względu na wprowadzenie akcentu humorystycznego, ale przede wszystkim dzięki przełamaniu samego tematu, który może budzić niechęć. Twórcy chcą mówić o najnowszej historii Polski z perspektywy ośmieszonego i upadłego polityka. Pałyga, Łysak i Sztarbowski są jednak dalecy od gloryfikowania Andrzeja Leppera, co zaistniało w dyskusji jako obawa przed dalszą częścią prac nad spektaklem. Zaprezentowany dramat ukazuje wydarzenia III RP oczami  nie tej wykształconej części społeczeństwa, a tej, do której krzyczał chłop w berecie jeszcze przed zakupieniem drogiego garnituru i nabyciem sztucznej opalenizny. Sama struktura przyszłego przedstawienia balansuje między rzeczywistością a snem. Pojawiają się nie tylko znane postaci życia politycznego tamtego okresu, ale również trzy czarownice, które  wprowadzają postać wielkiego nieobecnego. Twórcy z pewnością obrali dobry kierunek, co udowodniła dyskusja. Pałyga po raz kolejny wzbudza kontrowersje prowadzące do dialogu.

Tematy lokalne pojawiły się podczas Festiwalu dwukrotnie. Gdynia Radio, proszę mówić to poruszająca historia radia, które do końca lat 90. służyło marynarzom za jedyną prócz listów formę utrzymywania kontaktu z rodziną. Reżyser Szymon Wróblewski wraz z dramaturgiem Joanną Kakitek przedstawili opowieść jednej rodziny. Córki, która wyczekiwała połączenia z ojcem aż do czasu, gdy stała się zbuntowaną nastolatką i osamotnionej żony. Pomiędzy nieobecnym cieleśnie marynarzem, którego duch wypełnia cisze słuchającej odpowiedzi kobiety, a nią samą stał radiooficer. Człowiek nie tylko znający sekrety rodzin, ale i często wpływający na ich relacje. To on podejmował decyzję, czy danego dnia połączyć marynarza z, przykładowo, pijaną żoną. Artyści podejmują problem wciąż ewoluującej technologii komunikacji oraz jej wpływu na relacje międzyludzkie. Trafiają na ciekawy czas, w którym rodziny rozdziela emigracja zarobkowa. Wątpliwe może się okazać, czy iPhone i Skype rzeczywiście są tą lepszą formą komunikacji.

Stocznia Gdańska – nowi barbarzyńcy to pierwszy w historii Festiwalu Sopot Non-Fiction spektakl teatru tańca. Grupa Dzikistyl podjęła problem przemian na terenie dawnej Stoczni Gdańskiej. Bazując na ruchu opartym na reportażach i materiałach archiwalnych, stworzyła widowisko oddające nie tylko fakty dotyczące sprzedaży i upadku zakładu, ale przede wszystkim emocje. Tancerze ruchem przedstawiają pracę maszyn. Żywa tkanka nadaje dwuznaczności, która przywołuje pracę i życie ludzi na tym terenie. Tym bardziej szokuje brawurowa licytacja człowieka-dźwigu, w której udział biorą widzowie. Najważniejszymi materiałami w dokumentacji artystycznej były fotografie oraz film Michała Szlagi, który w latach 2000-2012 rejestrował proces rozbiórki stoczni. Wymowna cisza podczas prezentowanego na zakończenie materiału video kumuluje cały ładunek emocjonalny przekazany w pierwszej kolejności ruchem, a dopiero później słowem i muzyką. Zatem dokumentalnie można też tańczyć.

Największe kontrowersje i rozbieżne opinie wzbudziły dwa spośród zaprezentowanych podczas maratonu zarysów spektakli. Były to Václav Havel/Ulica Krowia Michała Kmiecika oraz Niewiarygodnie prawdziwe Jakuba Roszkowskiego i Marzeny Sadochy. Pierwszy z nich jako jeden z nielicznych przybrał formę bardziej rozbudowaną niż czytanie. Reżyser posłużył się odważnymi środkami pełnymi ekspresji, które przyczyniały się do niezrozumienia treści, na pozór sprzecznej z opisem w programie. Pomimo braku spójności w wielu momentach, należy docenić przede wszystkim walor ekspresyjny. Minietiudy hipnotyzują, męczą swoim ciężarem emocjonalnym. Ukazują piekło, którym w niedalekiej przyszłości może okazać się luksusowy apartamentowiec przy ulicy Krowiej, której nazwa ma być przemianowana na Václava Havla. Jeśli prace nad spektaklem będą kontynuowane, może czekać nas uderzająco naturalistyczne i bezkompromisowe widowisko.

Niewiarygodnie prawdziwe ukazuje historie ludzi, którzy przeżyli niesamowite zdarzenia, począwszy od spotkania z UFO, po przewidywanie czyjejś śmierci i ukazanie się sylwetki świętych na oknie. Aktorzy w bardzo wiarygodnych improwizacjach opowiadali swoje przeżycia, nierzadko będąc wyśmiewani przez publiczność. Gotowi odpowiedzieć na każde pytanie z ich strony, nie zdradzili gry aktorskiej. Ich sceniczne występy przerywały fragmenty video z zapisem postaci dających świadectwo podobnych przeżyć. Niestety, pomimo zaprzeczeń twórców, całość miała wyraz nazbyt humorystyczny, co przypieczętowała parodia telewizyjnego wróżbity. Być może podczas dalszej pracy uda się ukazać kontrast pomiędzy reakcją na niewiarygodne historie opowiadane przez nieznajomych a tymi, których dobrze znamy. Krokiem w tym kierunku był wyświetlany materiał dający widzowi wrażenie dystansu. To jednak nie wystarcza, by poruszyć odbiorcę. By poczuł, że on również może usiąść na scenie i opowiedzieć swoje racjonalnie niewytłumaczalne doświadczenie.

Jak zapewniają kuratorzy Festiwalu Paweł Romanowski i Adam Nalepa, projekty mają mieć swoją kontynuację. Taką miał zeszłoroczny projekt czytania NORD-OST Teatru BOTO w reżyserii Adama Nalepy. Jedno tragiczne wydarzenie opowiedziane trzema głosami kobiet. Szturm Teatru na Dubrowce w Moskwie przez Czeczenów. Przerywają przedstawienie musicalu NORD-OST i biorą 850 widzów jako zakładników. Ich żądanie: całkowite wycofanie się armii rosyjskiej z Czeczenii. Akcja trwa 57 godzin, 170 osób przypłaca ją życiem. Minimalistyczne widowisko zostaje sprowadzone  do trzech czarnych sylwetek na scenie wygłaszających swoje świadectwo. Każde równie poruszające i niejednoznaczne. Siła tekstu Torstena Buchsteinera poraża, ukazując sensacyjne wydarzenie ludzkimi oczami. Oddaje głos rozbieżnym motywacjom, w żaden sposób nie podejmując kwestii ich oceny. Zbędne i rozpraszające okazują się jedynie przerywniki, gdy bohaterki stają na chwilę zwrócone twarzą do ściany przy akompaniamencie głośnej muzyki. Mimo to boleśnie szczera gra aktorska rekompensuje ten zabieg.

Jaka przyszłość czeka Festiwal Sopot Non-Fiction? Duże ambicje organizatorów, zapał i pomysłowość dobrze wróżą rozwojowi nie tylko imprezy ale i teatru dokumentalnego w Polsce. Być może Sopot już wkrótce stanie się jego stolicą?

Zuzanna Bućko, Teatralia Wrocław
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 67/2013

Sopot Non-Fiction 2013 / rezydencja artystyczna i festiwal teatru dokumentalnego (24-31 sierpnia)

fot. Mariusz Marcinkowski