Hotelowe harce i umizgi, czyli komedia na cztery serca i zmyślnego portiera (Akt równoległy)

Hotelowe harce i umizgi, czyli komedia na cztery serca i zmyślnego portiera (Akt równoległy)

Komedie stanowią stały komponent repertuaru Teatru Wybrzeże. W ostatnich latach bryluje w tym gatunku zwłaszcza Adam Orzechowski, którego Tajemnicza Irma Vep czy chciażby Skrzynka P@ndory ubawiły dotąd rzesze widzów. Po scenariusz oparty na farsie i komedii pomyłek sięgnął tym razem Jarosław Tumidajski, co wydaje się zaskakującym wyborem, biorąc pod uwagę jego dotychczasowe zainteresowania na reżyserskim przedpolu. Akt równoległy Dereka Benfielda w optyce twórcy Wyspy niczyjej to spektakl niemalże akrobatyczny, żywiołowy nadający nową jakość utartym chwytom spod znaku uśmiechniętej maski. Pytanie o fortunność wyboru takiej, a nie innej strategii komediowej przez reżysera jest właściwie zbędne. Naładowana endorfinami atmosfera na widowni przemawia sama za siebie. Spektakl zebrał długie i gromkie oklaski.

Dwa pokoje hotelowe, dwie pary, plan operacyjny: upojna noc. Kiedy dodamy do tego opisu, że wymienione postaci to małżonkowie, lecz w pościelowych harcach bynamniej nie w konfiguracji mąż-żona, machina komizmu rusza pełną parą. Poziom rozrywki serwowanej na scenie winduje tu zwłaszcza postać błyskotliwego portiera, który dwoi się i troi, by do konfrontacji pechowych kochanków nie doszło. I choć widz wie z góry, że jest ona nieuchronna, konsekwencje skoku w bok w reklamowanym w gazetce parafialnej hoteliku zbędzie wymowne milczenie, niewinny uśmieszek i perskie oko puszczone w kierunku publiczności.

O ile temperatura pierwszej połowy spektaklu rośnie powoli, w drugiej jego części szybuje do góry. Aktorzy skaczą po łóżkach, gonią po scenie, trzaskają drzwiami, co rusz zmieniają garderobę, nie obca im też wspinaczka po wyimaginowanych gzymsach z poduszkową asekuracją. Farsa Tumidajskiego to spektakl worek, w którym odnajdziemy całe bogactwo komicznych chwytów, od klasycznego suspensu i komedii pomyłek począwszy, na grach językowych i zabawnych asocjacjach kończąc. Świetnie sprawdza się tu wykorzystanie frazeologizmów i skojarzeń wyrastających z rodzimego gruntu czy wplecenie w sceniczne dzianie się onomatopeicznych wstawek artykułowanych przez bohaterów, które zwykle mamy okazje odnajdywać w komiksowych dymkach czy piosenek z aktualnego repertuaru kultury masowej (nie zabrakło Weekendu i Ona tańczy dla mnie).

Tumidajski sięgnął do scenariusza błyskotliwego, ale w dużej mierze przwidywalnego i bazującego na charakterach powszechnie znanych w komediowym rezerwuarze postaci. Zaproszeni do współpracy nad spektaklem aktorzy wyszli jednak naprzeciw wyzwaniu i stworzyli na scenie niezapomniany osobowościowy konglomerat. Poza znużeniem małżeńską rutyną i żądzą przeżywania nowych przygód i wrażeń, każda z nakreślonych postaci posiada swoje indywidualne oblicze. Geoff w świetnej kreacji Piotra Chysa to konformista, ale i urodzony panikarz, w przeciwieństwie do swojej żony Sally (Katarzyna Z. Michalska) kobiety silnej, mającej coś z femme fatale wyraźnie akcentującej swą kobiecość. Michał Jaros w roli Rogera to prawdziwy szołmen, energiczny i porywający nutą arogancji, któremu żywiołowością nie ustępuje małżonka Helen. Wcielająca się w nią Katarzyna Dałek czuje się w tej roli jak przysłowiowa ryba w wodzie. Oglądając aktorkę na scenie można odnieść wrażenie, że swą osobą totalizuje sceniczną przestrzeń, wszędzie jej pełno, a rozbrzmiewające radosne szczebiotanie przerywa jedynie usilna potrzeba zakosztowania kolejnej czekoladki z puszki, z którą postać się nie rozstaje. Dopełnieniem tej czwórki jest portier Ferris grany przez Marka Tyndę. Artysta, który ma na swoim koncie wiele ról komediowych swoją kreacją dosłownie rozkłada sztukę na łopatki. Jego postać w założeniu drugoplanowa w każdej kluczowej scenie wychodzi na plan pierwszy. Ferris jako konsjerż na zastępstwie pozwala sobie wyjść poza służbowy kostium zachowań. Jest nieco ordynarny, wścibski, ale i przedsiębiorczy. Jego nonszalancję łatwo przełamują kolejne banknoty od Rogera, który kupując milczenie portiera, pragnie zakamuflować swoje randez vous przed małżonką. Obserwując Marka Tyndę w Akcie równoległym nie trudno o stwierdzenie, że odgrał on swoją postać od a do z, czyli dokładnie tak jak powinna ona być poprowadzona, nie inaczej.

Tak jak aktorzy zadbali o dobrą rozrywkę na scenie, tak twórca scenografii Mirek Kaczmarek dopilnował by była ona kompatybilna z ich akrobatycznymi wyczynami na scenie. Stanowiące centalny jej punkt dwa wielkie łóżka sugerują hotelowe wnętrza, w których przebywają bohaterowie, z kolei okalające je zewsząd drzwi świetnie wpisują się w dynamiczny charakter spektaklu, gdzie postaci wciąż zmieniają swe położenie, biegają, chodzą, akcentując to nieodłącznym trzaśniecięm drzwi.

Jarosław Tumidajski zaproponował publiczności ciekawie poprowadzoną farsę, której krotochwilny charakter doceni każdy miłośnik komedii. Kolejna odsłona reżyserskich umiejętności, kolejny sukces sceniczny wsparty solidnym zapleczem aktorskim. Rozrywka lekka, przyjemna, z polotem. Notabene, akrobatycznych umiejętności artystów TW pozazdrościłby niejeden cyrkowiec.

Anna Kołodziejska, Teatralia Trójmiasto
Magazyn Internetowy „Teatralia” 109/2014

Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Derk Benfield

Akt równoległy

przekład: Emilia Miłkowska

reżyseria: Jarosław Tumidajski

scenografia, światło: Mirek Kaczmarek

obsada: Katarzyna Dałek, Katarzyna Z. Michalska, Michał Jaros, Piotr Chys, Marek Tynda

premiera: 16 sierpnia 2014