Heavy times (Narodziny Fryderyka Demuth)

Heavy times (Narodziny Fryderyka Demuth)

„Fryderyk Demuth prawdopodobnie nigdy nie dowiedział się, kto był jego ojcem”. Widzowie zaś dowiadują się o tym dopiero na końcu spektaklu. Wcześniej śledzą nerwowe ruchy postaci starających się ukryć prawdę, która, gdyby wyszła na jaw, mogłaby zmienić bieg historii. I choć wiemy, że nie powstrzymano proletariackiej rewolucji stopniowo ogarniającej Europę, wyczekujemy decydującego potknięcia. Momentu rozbicia wielkiej idei o mały życiowy błąd.

„To nie jest twój miś ani twój miś, tylko nasz miś” – tłumaczy swoim córkom Jenny von Westphalen. To ciężkie czasy dla wielkich koncepcji, kiedy trzeba kolejny raz w tygodniu na obiad jeść same ziemniaki, a za drzwiami, w nerwowym napięciu, wyczekują wierzyciele. Historia obeszła się bez litości z Karolem Marksem i Fryderykiem Engelsem, ich intelektualną spuściznę czyniąc kamieniem węgielnym totalitaryzmu, z którym świat zmagał się przez znaczną część XX wieku. Londyński epizod ideologów, który stał się kanwą sztuki Macieja Wojtyszki, pokazuje, że zmaganie się z życiem może być dużo trudniejsze niż tworzenie świetlanej wizji przyszłości uciśnionych dotychczas proletariuszy. Autor i reżyser sztuki zderza szlachetną materię myśli z prozą wiedzionego z trudem życia.

Spektakl zaczyna się, kiedy Helena Demuth, gosposia rodziny Marksów, myje się w miednicy po upalnym dniu, w jednej z dwóch izb malutkiego mieszkania, podczas gdy na łóżku, w tym samym pomieszczeniu, śpi Karol Marks. Ten zagracony dziecięcymi zabawkami, wypełniony zgrzebnymi meblami pokoik służący za salon, przedstawia się i tak bardziej imponująco niż wnętrze, które widzimy w drugiej części spektaklu, kiedy małżeństwo wraz z dziećmi zostało zmuszone do znalezienia tańszego lokum. Tutaj nie ma już nawet stwarzającego wrażenie przytulności natłoku bibelotów, książek i stoliczków. Są tylko puste ściany, pokryte nieładną tapetą w malowane kwiaty, ledwie tyle siedzeń, żeby każdy z domowników miał na czym spocząć i ława sklecona ze starej deski, ostatecznie pełniąca rolę stołu. Zmiana mieszkania jest najbardziej widocznym znakiem pogarszającej się sytuacji rodziny. Jenny von Westphalen nadal nosi eleganckie ubrania, dzieci są schludne i zadbane, opiekuje się nimi gosposia – niania, której co prawda nie ma z czego płacić, ale jednak nadal jest. Choć przyjaciel Engelsa żyje już tylko z jego bezzwrotnych pożyczek, najbardziej boi się skandalu, jaki mógłby zagrozić przyszłości ruchu robotniczego.

Wojtyszko nie czyni z głównych bohaterów, Marksa i Engelsa, wyrachowanych drani obracających w proch każda przeszkodę na swojej drodze. W postaciach uderzająca jest nie bezwzględność dążenia do realizacji wzniosłych planów, a niemożność zapanowania nad popędami i rozpaczliwe próby zachowania twarzy. W ten sam sposób prowadzone są przez aktorów role. Marks i Engels – w wykonaniu Marcina Sianko i Grzegorza Mielczarka – to mężczyźni o skrajnie różnych temperamentach. Pierwszy, niedbały w ubiorze i zachowaniu, ze swojej nonszalancji czyni największy atut i dzięki niej zjednuje sobie otoczenie. Nie panuje nad sobą i pod nieobecność żony uwodzi gosposię, która zachodzi z nim w ciążę. Marks, nie chcąc ponieść konsekwencji, przed Jenny zachowuje się jak uczniak, który rozbił szybę sąsiadce, ale nie ma zamiaru się do tego przyznać. Mielczarek, w najlepszej roli w spektaklu, kreuje Fryderyka Engelsa na przeciwieństwo jego sławnego przyjaciela. Jest sztywny w ruchach, kanciasty, nienaturalny w kontakcie z innymi. To człowiek stworzony do bycia w cieniu, niezdolny do porwania tłumów, ale to on bezzwrotnymi pożyczkami utrzymuje rodzinę Marksa, a kiedy trzeba, staje się, wbrew prawdzie, ojcem syna Heleny Demuth, by ratować małżeństwo przyjaciela. Dominika Bednarczyk, grająca Jenny von Westphalen, obdarza ją interesującą mieszanką cech szlachcianki z urodzenia, która została żoną socjalistycznego ideologa. Jenny z jednej strony zrezygnowała z wygodnego życia, jakie zapewniało jej pochodzenie, a z drugiej, nie wyzbyła się przyzwyczajeń i nie chce, żeby jej dzieci wychowywały się z potomkiem służącej. Życiowy pragmatyzm łączy z uczuciową egzaltacją i manierami wskazującymi na odebrane w młodości dobre wychowanie. Choć niebagatelna dla sztuki postać Heleny Demuth (Karolina Kamińska) pozostaje nieco w cieniu innych bohaterów, została przez młodą aktorkę bardzo precyzyjnie i mądrze zagrana. Lenchen, jak pieszczotliwie nazywają ją państwo, zachowuje się dokładnie tak, jak powinna zachowywać się dobra gosposia. Dyskretna, zaradna, pracowita, rozumna, prawdziwą siłę charakteru pokazuje właśnie w momencie najtrudniejszym, kiedy przychodzi jej zmagać się z opiniami otoczenia, że powinna usunąć kłopotliwą ciążę lub jak najszybciej pozbyć się dziecka. Helena myśli w bardzo prosty sposób i w życiu kieruje się stałymi zasadami. Nie ma w niej tej paniki, udręki widzenia wszystkiego w dziesiątkach możliwości, co wprowadza zamęt w życie pozostałych postaci. Tylko w tej jednej dziewczynie życiowa praktyka nie jest przeciwna wyznawanym wartościom.

Niebezpiecznie fałszywie pobrzmiewają w najnowszej premierze Teatru im. Juliusza Słowackiego nuty komediowe. Bohaterowie subtelnie igrają z wygłaszanymi przez siebie frazesami, brzmiącymi z perspektywy współczesnej nie tylko wyświechtanie, ale i nieprawdziwie. To, w co przeszło sto lat temu miały uwierzyć masy, zostało skompromitowane tragiczną historią XX wieku i świadectwami ofiar kolejnych totalitaryzmów. Bezmyślny wydaje się również śmiech widzów w scenach dobitnie prezentujących przedmiotowe traktowanie kobiet przez Marksa i Engelsa. Helena jest w ich oczach tylko głupią, wiejską dziewczyną, którą można wykorzystać, a później zażądać od niej usunięcia ciąży, która mogłaby wywołać międzynarodowy skandal. Jenny, za którą nieprzyjemnie snują się widma wysoko urodzonych przodków – to naiwna żona, zmanipulowana przez własnego męża, by uwierzyła, że to nie on, a Fryderyk Engels jest ojcem dziecka. Spośród lekkich momentów komediowych wyłania się tak prosta w kompozycji, jak dobitna w przekazie scena końcowa. Wieczerza na ubogim stryszku, podczas której bohaterowie zastygają, by opowiedzieć o sobie z perspektywy trzecioosobowej tak, jak opowiadani są przez historię, dziedzinę niecierpiącą skomplikowanych motywacji i krętych ścieżek losu, za to lubującą się w statystyce. Na pogrzebie Karola Marksa było jedenaście osób. Na pogrzebie Wilhelma Liebknechta, młodego socjalisty, dukającego bezrozumnie naukowe formułki, sto pięćdziesiąt tysięcy. To informacja, którą zapamięta widz. Na szali zwycięstwa decydujący odważnik kładzie obecność bezimiennego, nieprzedstawialnego w teatrze tłumu. Zwycięstwa nie znoszą kameralnych sytuacji.

Zuzanna Berendt, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 113/2014

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Maciej Wojtyszko

Narodziny Fryderyka Demuth

reżyseria: Maciej Wojtyszko

scenografia: Justyna Łagowska

muzyka: Bolesław Rawski

obsada: Karolina Kamińska (Helena Demuth), Dominika Bednarczyk (Jenny von Westphalen), Marcin Sianko (Karol Marks), Grzegorz Mielczarek (Fryderyk Engels), Krzysztof Piątkowski (Wilhelm Liebknecht)

premiera: 25 października 2014

fot. Piotr Kubic

Zuzanna Berendt – rocznik 1994, studentka wiedzy o teatrze UJ, w wolnych chwilach podróżująca do Gdańska (koniecznie z książką!), skąd pochodzi, i w którym zaczął się dla niej teatr.