Hans Christian umiera (Baśń o Andersenie)

Hans Christian umiera (Baśń o Andersenie)

Jak wyglądała ostatnia noc na ziemi wielkiego baśniopisarza? Czy śmierć dopadła go w czerwonych trzewiczkach, prowadząc za sobą trupę umarłych syren i zamarzniętych, niekochanych przez żywych dziewczynek? Czy jego brzydki trup przemienił się w pięknego łabędzia? Nie. Hans Christian Andersen umierał sam. Tak smutno i okrutnie, jak smutne i okrutne bywały jego baśnie.

Baśń o Andersenie w reżyserii Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik to poetycka, subtelna i urokliwa, co nie znaczy, że pogodna, wariacja na temat odchodzenia – tego momentu, w którym wielcy stają się na powrót maluczcy. Chociaż bohaterem spektaklu jest tytułowy Andersen, całość urasta do rangi uniwersalnej metafory śmierci poety jako tego, który żyjąc, niejako cierpiał intensywnej i kochał bardziej. Przedstawienie staje się dotkliwym zapisem zarówno dramatu rozpadania się tożsamości na rozmaite – przeszłe i zaprzeszłe – „ja”, jak i rozmywania się świata i jego dryfowania poza granice realności, a nawet prawdopodobieństwa. Hans Christian wychodzi na spotkanie duchom, nie do końca rozumie, że „dzisiaj” jest wszystkim, co mu pozostało. Pogrążony w agonii starzec nie wie, że umiera, że oto otwiera, a właściwie zamyka się, ostatnia karta jego najsmutniejszej baśni, bo pisanej życiem. Obserwujemy magiczny proces ostatecznego połączenia sztuki i egzystencji – majacząca wyobraźnia Andersena działa na równych prawach co mechanizmy pamięci, nadżartej już chorobą i uciążliwym konaniem. W schizofrenicznej narracji bohatera, chylącego się ku wieczności/nicości, zawstydzonego potęgą Czarnej Pani miesza się to, co niegdyś zmyślone, z tym, co niegdyś doświadczone. Wydarzenia na scenie to swoiste przedłużenie spektaklu rozgrywającego się w głowie umierającego.

Hajewskiej udało się utrzymać atmosferę niesamowitości. Szaleństwo dogorywającego mózgu zostaje doskonale ucieleśnione w miszmaszu wykorzystanych konwencji – od teatru cieni (zdecydowanie najlepiej poprowadzona część spektaklu) po western w odcieniu karykaturalno-komediowym. Interesująco wypadają też sceny, w których stary Hans na łożu śmierci obserwuje siebie podczas pierwszych miłosnych uniesień. Młody Andersen (bardzo dobry Tomasz Włosok) to człowiek targany namiętnościami i czasem nie tyle wyzwalającą, co onieśmielającą i tłamszącą potrzebą pisania. Opresyjność marzenia o dziele doskonałym, a zarazem narzuconą alienację z normalnej (tutaj nie-piszącej wierszy) większości, wspaniale uosabia postać Meislinga (znienawidzonego przez bohatera nauczyciela), grana przez zdumiewający duet w czarnych garniturach – Sebastiana Grygo i Macieja Kuliga. Para młodych aktorów rzeczywiście przedstawia się zjawiskowo, ale sprowadzenie ich ról do powracającego niczym przeklęty koszmar upiornego refrenu dziwi i zdaje się nieco niesprawiedliwe, tym bardziej, że mamy do czynienia ze spektaklem dyplomowym, a więc – z założenia – mającym na celu prezentację szerokiego spektrum możliwości adeptów sztuki aktorskiej. Inaczej rzecz się ma z Królową Śniegu (Anna Antoniewicz), która zjawiskowo tylko wygląda. Gdy jej posągowość zostaje „puszczona w ruch”, na scenie wypada tak niezręcznie, jak niezręczne byłoby naśmiewanie się z fantazji i rojeń konającego.

Z jednej strony należy docenić Hajewską za brak postmodernistycznego rozbuchania narracji i rozhulania postaci, tak charakterystycznych dla dyplomów w krakowskiej PWST, z drugiej zaś smutno patrzeć na tych, nieco jarmarcznych aktorów, którzy grają wszystko na jedną, przyciężkawą nutę. Z całej obsady, poza zdublowanym nauczycielem i młodym Hansem, najlepiej wypada para kowbojo-błaznów, czyli mały Klaus i duży Klaus (Piotr Nerlewski oraz Tomáš Kollárik).Udaje im się rozegrać tragikomiczną przypowieść o zgubnych skutkach chciwości z porywającą, młodzieńczą lekkością, której nie tłamsi nawet potworkowata kabaretowość gestów.

Baśń o Andersenie ostatecznie układa się w całkiem ładny obrazek ludzkiej komedii umierania. Pani reżyser najlepiej wychodzi bowiem reżyserowanie metafor. Ostatnia scena, w której człowiek okazuje się cieniem własnego cienia, to piękny komentarz do idei „non omnis moriar”. Baśnie, nawet te najstraszniejsze, przetrwają dłużej niż ich autor, jak głosi stara niczym świat opowieść.. Ten zaś powróci, jeśli ktoś zechce napisać o nim inną bajkę, lepszą niż życie.

Alicja Mȕller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 123/2015

Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. Ludwika Solskiego w Krakowie

Baśń o Andersenie

na podstawie: Andersen. Życie baśniopisarza Jackie Wullschläger w przekładzie Maryny Ochab oraz fragmentów baśni, listów i dzienników Hansa Christiana Andersena w przekładzie Bogusławy Sochańskiej

reżyseria: Małgorzata Hajewska-Krzysztofik
scenariusz: Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Piotr Fabiś
scenografia: Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Ryszard Hodur
kostiumy: Hanka Podraza
ruch sceniczny: Łukasz Przytarski

obsada: Mateusz Malecki, Tomasz Włosok, Piotr Nerlewski, Tomáš Kollárik, Anna Antoniewicz, Monika Mazur, Sebastian Grygo, Maciej Kulig

premiera: 10 stycznia 2015

fot. mat. teatru

Alicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.