Hajs, dziwki, koka (W’ariacje pożądania)

Hajs, dziwki, koka (W’ariacje pożądania)

Wielka Brytania, rok 2018. Oczy wszystkich obywateli zwrócone są w kierunku jednego z londyńskich więzień. To właśnie tam, już za chwilę, wykonana zostanie egzekucja na słynnym przestępcy i kobieciarzu – Macheacie. Stacje telewizyjne i rozgłośnie radiowe prześcigają się w przekazywaniu najświeższych informacji, a paparazzi by zrobić zdjęcie, którego wartość po śmierci oskarżonego niesłychanie wywinduje się w górę są gotowi na wszystko. Cały Londyn zamiera, oślepiony błyskiem srebrnego, cekinowego sznura i wściekłych fleszy. Mac is going down, ale to dopiero początek, a nie (jak mogłoby się zdawać) koniec krakowskich W’ariacji pożądania.

Opera żebracza miała swoją premierę w 1727 roku na deskach Lincoln’s Inn Fields Theatre. Tekst wyszedł spod pióra Johna Gaya, a muzykę skomponował Jon Christopher Pepusch. Dzieło to często uznaje się za prekursorskie dla gatunku musicalu scenicznego powstałego niejako w opozycji do XVIII-wiecznych oper włoskich. Utwór Gaya był także satyrą na ówczesnych angielskich polityków, na wszechobecną korupcję i rozbuchany szowinizm. Rafał Dziwisz (reżyseria, dramaturgia) na kanwie Opery utkał swoje przedstawienie, ale pozbawił je ironicznego potencjału, tworząc w efekcie widowisko o charakterze bardziej afirmatywnym niż krytycznym w stosunku do strofowanych przez Gaya postaw. Bardzo podobne obiekcje miałam wobec tego reżysera w przypadku jego poprzedniego spektaklu, wyreżyserowanego jako dyplom w Akademii Sztuk Teatralnych, a mianowicie Kochanie, zabiłam nasze koty na podstawie prozy Doroty Masłowskiej. Na pierwszy rzut oka są to bardzo odległe od siebie teksty niemniej w obydwu przypadkach interpretacje Dziwisza były jednopoziomowe, zinfantylizowane i niejako zwalniające widza z podejmowania wysiłku intelektualnego – słowem, przerost formy nad ewidentnie niedoczytaną treścią. Być może jest to jakiś sposób przenoszenia tekstów na deski sceniczne, ale moim zdaniem raczej nieskuteczny. Wracając jednak do najnowszej premiery Teatru Bagatela, chciałabym zaznaczyć, że można spojrzeć na nią z kilku, co najmniej dwóch, perspektyw i w taki sposób spróbuję ją opisać.

Fabuła kręci się wokół wspomnianego wcześniej Macheatha (Patryk Szwichtenberg) i jego nielegalnych interesów oraz kolejnych romansów. Mężczyzna jest enfant terrible londyńskiego półświatka i nawet ślub z Polly Peachum (Kamila Klimczak), córką równie nieuczciwego biznesmana Peachuma (Przemysław Branny), nie zmienia jego przyzwyczajeń. Wręcz przeciwnie, bo jak wiadomo, chociażby z Narcos czy Ojca chrzestnego złączenie dwóch gangsterów więzami rodzinnymi kończy się zazwyczaj przedwczesną śmiercią jednego z nich – bowiem, jak mówi pewna znana sentencja, „trzymaj swoich przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej”. Mac uwodzi kolejne kobiety i każdej z nich wyznaje (w sposób egzaltowany do granic możliwości) uczucia, patrząc głęboko w oczy. Te zaś garną się do niego niestrudzenie, ale naiwny okazałby się ten, kto pomyślałby, że taka sytuacja może trwać wiecznie. Hulaszczy tryb życia młodego Adonisa przerywa w końcu Peachum, który podstępem namawia prostytutkę (rzecz jasna za niebotyczną opłatą), by ta wydała Maca policji. Może i miłość jest potężną siłą, ale bynajmniej nie najpotężniejszą, zwłaszcza jeżeli napotyka na swojej drodze silny pociąg do pieniędzy. Money, money, money, must be funny in the rich man’s world.

Szwichtenberg kreuje swojego Macheatha w sposób zbliżony do ról Leonarda DiCaprio. Jest zarówno zawadiackim Piotrusiem Panem ze Złap mnie, jeśli potrafisz, jak i poetyckim, wrażliwym chłopcem z Romea i Julii, a po trochu owianym złą sławą Jordanem Belfortem z Wilka z Wall Street – zwłaszcza gdy bezceremonialnie wciąga zwiniętym banknotem kokainę z ciała call girl. Jest obecny na scenie praktycznie przez cały czas, zmienia kolejne partnerki, śpiewa, tańczy, a nawet gra na skrzypcach all in one. Wyróżnia się również Maciej Sajur jako Jim, jeden z kompanów głównego bohatera. Niby przez cały spektakl pozostaje w cieniu, ale zwraca na siebie uwagę zwłaszcza podczas solowej partii wykonywanej na saksofonie. Również Wojciech Leonowicz w roli Lockita, szefa policji, kradnie błysk reflektorów podczas brawurowego wykonania mrocznej pieśni zemsty po schwytaniu Macheatha. I naprawdę można się tym wszystkim zachłysnąć, omamić pozorną wolnością i szczęściem postaci, dać olśnić pięknym (i bardzo drogim) szpilkom od Valentino, ale można też zejść na ziemię, choć to zapewne mniej przyjemne, i zobaczyć, co taki sposób portretowania świata próbuje nam przekazać.
Kobiety zostały w W’ariacjach sprowadzone wyłącznie do roli seksownych dodatków, które w oczach mają tylko dolary (albo może funty, skoro rzecz dzieje się w Londynie). Brakuje jakiegokolwiek, chociażby minimalnego przełamania tej narracji. Co prawda Lucy (Natalia Hodurek) próbuje wyróżniać się na tle konkurentek, jest od nich bardziej niebezpieczna i zadziorniejsza, a jej czarny skórzany strój przywodzi na myśl skojarzenia z przywódczynią miejskich gangów, tyle że to nie wystarcza, bo ona także dla Macheatha jest gotowa zrobić wszystko, nie wykluczając rezygnacji z własnego dobra w imię dobra lubego. Tutaj jeszcze pokuszę się o małą dygresję, bo Hodurek widziałam w jej spektaklu dyplomowym #Gwałt na Lukrecji, który naiwnie odebrałam trochę jako manifest przeciwko właśnie tak zaprogramowanym rolom kobiecym. Takim, w których aktorka nachalnie epatuje swoim seksapilem w koronkowych strojach (bieliźnie), wdzięcząc się do partnerów scenicznych i widowni. Cóż, widocznie potencjał sprawczy teatru społeczno-krytycznego raczej nie przekłada się na rzeczywistość i kolejny raz staje się tylko wytrychem, a szkoda!

Świetną rolę zbudowała także Anna Rokita (Jenny). Jej partie wokalne są magnetyczne i przez moment wymykają się nieco spod szowinistycznego klosza. Bohaterka Rokity próbuje tłumaczyć swoje przywiązanie do Macheata tym, że jej usta wcześniej całowały tabuny mężczyzn i przy żadnym z nich nie poczuła nic więcej prócz obojętności. Dopiero on odmienił ten przykry los i pozwolił jej (złudnie) poczuć się kochaną.

Powyższe zarzuty to jednak nic w stosunku do najbardziej spektakularnego momentu przedstawienia. Wieczór, klub go go, na środku sceny srebrny wielki lizak pełniący funkcję zarówno kuli dyskotekowej, jak i rury do pool dance. Jack (Adam Szarek) odśpiewuje piosenkę, najpierw solo, a później wspólnie ze wszystkimi bohaterami. Fragmenty tekstu brzmią następująco: „za darmo żadna z nich już nie rozkłada nóg, więc musisz na nie łożyć, żeby im włożyć”. Chapeau bas! Zdania nie są wyrwane z kontekstu, cały utwór jest utrzymany w podobnym klimacie, a gdyby ktoś próbował mi zarzucić, że to na pewno tekst pochodzący z oryginału – to zaprzeczam, Operę Gaya czytałam, ale takich słów się nie doszukałam.

It’s a bad man’s world, można by było zaśpiewać na wyjściu. Błysk fleszy w końcu niknie, głosy milkną, światła gasną, a pozostaje ogromny niesmak i niezgoda na reprodukowanie schematycznych, krzywdzących narracji.

Wiktoria Tabak, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 263/2018

Teatr Bagatela w Krakowie 

Scena na Sarego 7

W’ariacje pożądania

Na motywach Opery żebraczej Johna Gaya

reżyseria, scenariusz, tłumaczenie arii: Rafał Dziwisz

aranżacje/ muzyka: Dawid Sulej Rudnicki

scenografia: Damian Styrna

kostiumy: Iga Słupska

ruch sceniczny/ współpraca reż.: Katarzyna Anna Małachowska

animacje: Damian Styrna i Eliasz Styrna

reżyseria świateł: Marek Oleniacz

as. reż./ inspicjentka/ suflerka: Monika Handzlik

obsada:Macheath – Patryk Szwichtenberg, Polly Peachum – Kamila Klimczak, Lucy Lokit – Natalia Hodurek, Jenny – Anna Rokita, Peachum – Przemysław Branny, Lockit – Wojciech Leonowicz, Jack – Adam Szarek, Jim – Maciej Sajur, Betty – Aleksandra Godlewska, Vicky – Anna Branny

Fot. Teatr Bagatela

Wiktoria Tabak – rocznik 96, studentka Wiedzy o teatrze.