Grochem o ścianę (Woyzeck)

Grochem o ścianę (Woyzeck)

Mariusz Grzegorzek, reżyser Woyzecka, na konferencji prasowej nazwał dramat Büchnera opowieścią o schizoidalnej naturze człowieka. Niestety, pomysł na spektakl kończy się na tej konstatacji oraz na „dewastującej diagnozie natury ludzkiej”, sprowadzającej się właściwie do tego, że „wszyscy dryfujemy jakimś brudnym strumieniem w stronę czarnej dziury, w którą wpadniemy, choćbyśmy nie wiadomo ile działań odczarowujących wykonali”. Równie bezładnie dryfuje przedstawienie, zabierając widzów w długą i monotonną podróż bez celu.

Twórca otwarcie przyznaje się do tego, że celowo odchodzi od popularnego odczytania tekstu, gdzie tytułowy bohater traktowany jest jako ofiara systemu. Podążanie wbrew utartym ścieżkom interpretacyjnym może być potencjalnie ciekawe, ale tylko wtedy, gdy proponuje się w zamian cokolwiek, co nie jest pozbawione oparcia w dziele. Inaczej kończy się na pustym geście buntownika bez powodu. Tymczasem jedyną koncepcją reżysera wydaje się wspomniana już teza o mentalnym rozstroju całej ludzkości, dobitnie podkreślana przez całe przedstawienie, które coraz bardziej wykrzywia i deformuje rzeczywistość, nabierając wręcz groteskowego charakteru.

Opowieść o człowieku zapędzonym na skraj wytrzymałości psychicznej wskutek braku pieniędzy, nieustannych docinków i wykorzystywania go do własnych celów przez postawionych wyżej w hierarchii społecznej nabiera tu innych cech, niejako rozszerza się na całe społeczeństwo ludzi, którzy już dawno wszelkie granice przekroczyli. Dla Woyzecka, jego Marii i ich dziecka nie ma w nim miejsca. Nieślubny potomek staje się dla kobiety dosłownie ciężarem ponad miarę. Musi go nosić w kółko po scenie i raz po raz rzucać na ziemię w brutalnym geście. Część wydarzeń nabiera dwuznacznego charakteru krwawej fantazji. Tak na przykład zdradzany z o wiele lepiej sytuowanym Tamburmajorem bohater w akcie niemej zemsty – prefiguracji morderstwa – rozsmarowuje czerwoną szminkę po twarzy ukochanej. Zresztą sam akt zabicia dziewczyny (poprzez owinięcie jej w folię bąbelkową) też nabiera onirycznego, pozbawionego brutalności charakteru, tak jakby to także było kolejne rojenie. Najważniejsze działania są po wielokroć metaforyzowane, aż do osiągnięcia punktu, w którym stają się pretensjonalne.

Jeśli można tu mówić o jakiejś dominującej estetyce, to chyba właśnie przerysowanej, jarmarczno-dyskotekowej. Jej elementy pojawiają się i nagle znikają, odstają od raczej minimalistycznej bieli scenografii pozszywanej z prześcieradeł, oświetlonej rzędami gołych żarówek zwisających z sufitu. Wśród nich niespodziewanie, zanim zdążymy się obejrzeć, pojawia się kula dyskotekowa. Tego rodzaju wtrętów jest sporo, ale prawie zawsze występują w sposób ograniczony, nie jako złożona, kolorowa i celowo kiczowata fala sztuczności, ale raczej pojedyncze obiekty, które poprzez odosobnienie i wyjęcie z kontekstu wydają się jeszcze dziwaczniejsze i brzydsze. Tracą siłę fascynowania swoim przejaskrawieniem.

Podobny los spotyka właściwie wszystkich bohaterów. Sposób ich przedstawiania również charakteryzuje przesada. W większości reprezentują oni jakąś formę umysłowej aberracji, ale działają jak gdyby na różnych płaszczyznach, bez zrozumienia dla siebie nawzajem. Maria (Marta Nieradkiewicz) jest znudzona i sfrustrowana życiem bez perspektyw, Doktor (Krzysztof Zawadzki) występuje w charakterze szalonego naukowca, Obłąkany Karol (Grzegorz Grabowski), którego przydomek mówi sam za siebie, swoją piosenką, zbudowaną na połączeniu (nawiasem mówiąc niezbyt oryginalnym) dziecięcej wyliczanki i okrutnego komentarza do wydarzeń, zakreśla klamrę kompozycyjną spektaklu. Ukoronowaniem tego korowodu szaleńców jest główny bohater (Wiktor Loga-Skarczewski). Mężczyzna poddawany kolejnym upokorzeniom pod koniec potrafi wyrazić swoje frustracje tylko krzycząc w kółko „kurwa” i biegając bezładnie po scenie. Zabójstwo to już wyłącznie konsekwencja niemożności komunikacji i braku innych możliwości. Niestety wiele scen o dużym potencjale zostaje nadmiernie rozciągniętych w czasie. Ich punkty kulminacyjne są dobitnie podkreślone i powtarzane aż do utraty sensu, czego przykładem może być rzucanie „eksperymentalnym” grochem po scenie, ciągnące się w nieskończoność. W konsekwencji widz pozostaje emocjonalnie niezaangażowany i, szczerze mówiąc, znudzony propozycją reżysera, który – jak Doktor grochem – siada i rzuca w nas garścią metafor.

Problem Woyzecka tkwi chyba w tym, że wszystko jest tu przerysowane, a poszczególne elementy i ich estetyki nie kleją się ze sobą. Przechodzenie od scen, które śmiało mogłyby stanowić ilustrację dla facebookowego fanpage’a „Teatr = darcie mordy + tarzanie się po podłodze”, do tańca w rytm starych piosenek o miłości jest pomysłem co najmniej nietrafionym, bynajmniej nie ze względów estetycznych, tylko z prostego braku sensu takiego posunięcia. W tym szaleństwie nie ma metody.

Aleksandra Spilkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 89/2013

Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Woyzeck

Georg Büchner

przekład: Sława Lisiecka

reżyseria, adaptacja, scenariusz, scenografia: Mariusz Grzegorzek

kostiumy: Matylda Leśnikowska

światło: Szymon Lenkowski

asystentka scenografa i reżysera: Ewa Maria Romaniak

obsada: Marcin Kalisz (Andrzej), Krzysztof Zawadzki (Doktor), Mieczysław Grąbka (Kapitan), Marta Nieradkiewicz (Maria), Dorota Pomykała (Małgorzata), Grzegorz Grabowski (Obłąkany Karol), Rafał Jędrzejczyk (Podoficer), Bolesław Brzozowski (Szarlatan), Krzysztof Stawowy (Tamburmajor), Wiktor Loga-Skarczewski (Woyzeck)

premiera: 8 lutego 2014

fot. Anna Kaczmarz

Aleksandra Spilkowska – ur. 17.08.1992, studentka wiedzy o teatrze, gdańszczanka mieszkająca w Krakowie.