Grimm: po drugiej stronie pieca (Grimm: czarny śnieg)

Grimm: po drugiej stronie pieca (Grimm: czarny śnieg)

Spektakl Grimm: czarny śnieg nie jest bajką dla dzieci. Nie będzie happy endu, zupełnie jak w pierwotnych wersjach baśni braci Grimm – Śpiąca Królewna była zgwałcona, Kapturka nie uratował leśniczy, siostry Kopciuszka obcinały sobie palce, żeby zmieścić stopę do pantofelka.

Bajki Wilhelma i Jakuba Grimmów były mroczne. Miały przestrzegać przed okrucieństwem czyhającym za drzwiami domostwa. Spektakl Łukasza Twarkowskiego nie ostrzega nas przed niczym. Podsuwa jedynie tropy i znaczenia, które mogą, ale nie muszą, zaalarmować. Bajkowe postaci Śpiącej Królewny, Jasia, Małgosi czy Wróżki to tylko pretekst do snucia zupełnie innej opowieści. O czym? Trochę o współczesnym świecie, przesyconym pustką, nic nieznaczącymi relacjami i egoizmem. A trochę o współczesnej estetyce, która znaczy nieraz więcej niż słowa.

Spektakl rozpoczyna się jak każda standardowa bajka: „Dawno, dawno temu…” Jednak tylko początek jest przewidywalny. Już od pierwszych chwil akcja nabiera tempa, a widz zostaje zderzony z licznymi niespodziewanymi kontekstami. Storytellerka (Krzesisława Dubielówna) czyni jedynie konieczne wprowadzenie do historii o dziewczynce i chłopczyku, którzy wędrując przez las, natrafili na przepysznie wyglądający domek z piernika. Jaś i Małgosia zajadają się cukrowymi okiennicami… i tu szczęśliwa opowieść się kończy.

Na czarnej, okrągłej plandece wiszącej pośrodku sceny zostaje wyświetlony film. Chłopiec i dziewczynka trafiają do pieca. Zła wiedźma przygotowuje sobie z nich podwieczorek. Nikt ich nie ratuje. Wraz z zamknięciem drzwiczek piekarnika scena pokrywa się na moment krwistoczerwoną barwą. Ekran podnosi się. Najpierw widzimy rodzeństwo wyłaniające się zza czarnego domku ustawionego w głębi sceny. Wyciemnienie. Ponowne pojawienie się Storytellerki, która zapowiada, że od teraz historia będzie smutna, bardziej nostalgiczna. Od momentu zniknięcia Dubielówny, widz jest zdany na siebie i swoją wyobraźnię.

Ekran ponownie się unosi i wkraczamy w sferę mocnych doznań – na środku nadzy Jaś (Adam Szczyszczaj) i Małgosia (Anna Ilczuk) łączą się w namiętnym tańcu ciał. Ta sugestywna interpretacja relacji rodzeństwa znajduje swoje potwierdzenia w psychologicznych analizach baśni braci Grimm, poczynionych chociażby przez Bruno Bettelheima. Jednak w spektaklu chodziło będzie głównie nie o psychologię, a o semantykę. Odpowiednim kluczem interpretacyjnym wydaje się symbolika Czarnej Chaty, przez którą przeszli bohaterowie. Budynek, w którym dzieją się tajemnicze i złe rzeczy stanowi odniesienie do kultowego już serialu Miasteczko Twin Peaks, gdzie mroczna przestrzeń stawała się strefą transgraniczną, miejscem niewyobrażalnej mocy, pełnym tajemnic i ciemnych sił. W produkcji Davida Lyncha kluczem otwierającym bramę do metafizycznej przestrzeni był strach. U Twarkowskiego ten „portal” jest bardziej namacalny – otwiera się po przejściu dzieci przez piec. W spektaklu przekroczenie tej strefy można odczytywać jako wkroczenie w rzeczywistość „po drugiej stronie lustra”. Przykładem takiego załamania jest rola Adama Szczyszczaja, grającego zarówno Jasia, jak i Jakuba Grimma – zupełnie, jakby bajkowa postać chłopca stanowiła alter ego pisarza. Zdawać by się mogło, że cała pierwsza sekwencja to wyobrażenie Jakuba – brata odpowiedzialnego za kreatywne pomysły. Tym samym cielesny kontakt z dziewczyną można odczytywać jako fantazję pisarza. Urealniony związek doprowadza do wzajemnego przenikania dwóch historyjek. Na fantazję Jakuba nakładają się kolejne warstwy i narracje: Małgosia staje się Śpiącą Królewną, ukaraną za kontakt cielesny z Jasiem/Jakubem. Wróżka (Marta Zięba) usypia ją na sto lat i zamyka w szklanej trumnie.

Jedyną racjonalną osobą w inscenizacji okazuje się Wilhelm (Bartosz Porczyk), który przypomina bratu, że nie może zmieniać struktury bajki, posiadającej swój ustalony szyk i formę. Przybliża Jakubowi teorię morfologii bajki Władimira Proppa – przy pomocy fachowych określeń tłumaczy, że bajki mają z góry ustalone postaci: bohater, wróg, donator, fałszywy bohater itp., oraz sprecyzowany szyk: odejście, zakaz, podstęp, pośredniczenie, wyprawa… Kiedy brakuje mu palców przy wyliczaniu, a pojęcia mieszają się, rezygnuje. Wszystko to wydaje się zbyt skomplikowane, nawet dla Wilhelma.

Twarkowski zdecydował się na radykalne pomieszanie porządków: rzeczywistego, fantastycznego i wyobrażeniowego. Tę wielopłaszczyznowość znaczeń wzbogacają zmieniające się ryciny okalające całą scenę. Ich pierwsza warstwa prezentuje wejście do lasu, strzeżone przez stwory przypominające gremliny, nawiązując tym samym do opowieści Storytellerki z początku spektaklu. Na to zostaje nałożona kolejna płaszczyzna – bardziej abstrakcyjna, przypominająca rysunki Lewisa Carrolla z pierwszego wydania Alicji w Krainie Czarów, gdzie również można było dostrzec nienaturalnie duże, powykręcane we wszystkie strony grzyby oraz przerośnięte zwierzęta. Powłoka ta odpowiada pomieszaniu porządków realnego z wyobrażonym. Trzecia warstwa jest najistotniejsza, odsłania mechanikę odwróconego porządku. To w niej pojawia się sławna średniowieczna rycina przedstawiająca mężczyznę w weneckiej masce ptaka – stroju charakterystycznym dla lekarzy z czasów epidemii dżumy. Szczególne „odwrócenie” porządków w świecie nasuwa skojarzenia z koncepcją karnawalizacji Bachtina: gdy w „standardowym” porządku to pisarze rządzili swoimi bohaterami, tak w czasie karnawału to wymysły ich wyobraźni przejmują nad nimi kontrolę. Twarkowski dokonuje jeszcze jednego znaczącego zabiegu – zamyka w spektaklu sto lat snu Śpiącej Królewny. Początkowa scena, w której Wróżka (Marta Zięba) zamyka Królewnę (Anna Ilczuk) w szklanej trumnie, wyjaśnia się na koniec w Czarnej Chacie. Wilhelm (Bartosz Porczyk) stara się naprawić błędy brata. Pisarz, podobnie jak książę z bajki, całuje śpiącą dziewczynę. Po pocałunku kamera robi zbliżenie na oczy Księcia, a kiedy wraca, na miejscu młodej Księżniczki pojawia się jej starsze wcielenie: Storytellerka. Wilhelm, przerażony tą transformacją, ucieka i długo biegnie w niewiadomym kierunku.

Przestrzeń spektaklu jest surowa, skąpana w śnieżnej bieli. Na jej tle wyraźnie odznaczają się czarne elementy: chata, frontowe i tylne „lustro”, w których wyświetlane są filmy. Pomimo tego, że scenografia dobrze koresponduje ze scenicznymi wydarzeniami, w spektaklu pojawiły się liczne niedociągnięcia. Wszechobecna muzyka momentami jest zbyt głośna, natomiast przejścia między tonacjami zbyt ostre, nieskomponowane ze zmieniającą się akcją. Zdarzały się chwile, że muzykę zatrzymywano szybciej, zanim dochodziło do kulminacyjnego momentu danej sceny. Również nagromadzenie multimediów powodowało wrażenie pewnego przesytu.

Spektakl jest ciekawą próbą reinterpretacji klasycznych bajkowych opowieści znanych z dzieciństwa. Być może nie jest tak okrutny, jak pierwotne wersje Kopciuszka czy Śpiącej Królewny, jednak nostalgia ukryta za bogatą warstwą słowną i estetyczną scenografią pozostaje długo po zakończeniu sztuki.

 

Agata Iżykowska, Teatralia Wrocław
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 161/2016

 

Teatr Polski we Wrocławiu

Grimm: czarny śnieg

Wilhelm i Jakub Grimmowie

reżyseria: Łukasz Twarkowski

dramaturgia: Anka Herbut

scenografia: Fabien Lédé i Łukasz Twarkowski

wideo: Jakub Lech

obsada: Anna Ilczuk, Adam Szczyszczaj, Bartosz Porczyk, Marta Zięba, Halina Rasiakówna, Wojciech Ziemiański, Witold Liszkowski (gościnnie)

premiera: 22 stycznia 2016

fot. Natalia Kabanow

 

Agata Iżykowska (rocznik 1992) – studiuje MISH na UWr. Z wykształcenia krytyk artystyczny, chociaż najbliżej jej do teatru. Uwielbia brytyjski teatr, szczególnie średniowieczną i współczesną dramaturgię. Na polskiej scenie docenia dobrą awangardę, chociaż nie jest miłośniczką teatrów współczesnych.