Give up, now (Ubu Król)

Wtorek, godzina 19:15 – zapraszamy na Kabareton na scenie narodowej! Tak mógłby brzmieć skrócony opis najnowszego spektaklu dyrektora Starego Teatru. Niestety, Ubu Król obiecuje dużo, a wychodzi tylko widownia.

Rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie. Od początku do końca na scenie mamy chamstwo, prostactwo i bylejakość. Jak wygląda nasz kraj według Jana Klaty? Scena bardziej niż pałacowe wnętrze przypomina plac budowy albo zrujnowany dworek. I mimo że ta aluzja wydaje się całkiem ciekawa, to kończy się na poziomie scenografii. Godło spada z nieba i wbija się w sceniczną podłogę, król Ubu siedzi na sedesowym tronie, Ubica chowa się za Czarną Madonną – patronką Polski. Aktorzy lecą w podróż prosto do Smoleńska, gdzie czeka na nich car w masce Hannibala Lectera. Konwencja, w którą został ubrany krakowski Ubu, to coś pomiędzy żartami panów spod sklepu monopolowego a niedzielami z kabaretonem: z pewnością nie znajdziemy tu nic wybitnego.

Dwie pary królewskich małżonków zostają pokazane w krzywym zwierciadle: mamy prostackich, niewychowanych, lecz nastawionych na bogactwo państwa Ubu, rozmemłanego króla Wacława i jego żonę, przypominającą nie do końca uwielbianą w Polsce Conchitę Wurst. Zamiast berła jest szczotka do szorowania toalety, dzielny rumak to raczej wypchany jeleń. Kalki kulturowe naniesione przez reżysera wzbudzają coraz to większe salwy śmiechu, który, przynajmniej u mnie, bierze się z niedowierzania, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Ubu Król to sztuka, w której chamstwo spotyka się prawie na każdej stronie dramatu, wszakże tytułowa postać to „niewąski kawał gbura”, a słowo padające najczęściej to „grówno!”, jednak dzięki inscenizacji Jana Klaty można wyróżnić dwa rodzaje prostackiego języka: ten wypowiedziany bez intencji bycia wulgarnym, który uderza dużo mocniej niż ten drugi, chamsko-chamski, znikający tuż po wypowiedzeniu. Tutaj jest zupełnie tak, jakby reżyser chciał być jeszcze bardziej radykalny niż sam Ubu. Nagle znika to wszystko, co możemy spotkać w książkowej wersji Alfreda Jarry’ego: bunt mas czy zapowiedź totalitaryzmu na scenie narodowej wybrzmiewa znacznie ciszej niż wiązanka tandetnych remiksów. W jednej ze scen słyszymy alternatywną wersję Bogurodzicy, która tym razem występuje jako Bożagira. Mamy też dziwaczny taniec dworski, polegający na uderzaniu się dmuchanymi maczugami do rytmu Wszyscy Polacy to jedna rodzina. Gagi padają z lewej i prawej strony, co chwilę któryś z aktorów przechodzi przez papierową ścianę, a muzyka wcale nie dodaje tempa. Albo dzieje się za dużo, albo – wręcz przeciwnie – proporcje się nie wyrównują. Skakanie od skrajności w skrajność z pewnością nie wychodzi dobrze.

Nie wiem, czy spektakl nadaje się dla miłośników Alfreda Jarry’ego. Czas spędzony na widowni Starego Teatru mija trochę jak surrealistyczny sen, w którym siedzimy na próbie amatorskiej grupy teatralnej. Na samym końcu na scenie pojawia się tajemniczy człowiek-panda, aby razem z Ubicą zaśpiewać Never give up. Większość widowni nie poddała się i została do końca. Nie wydaje mi się jednak, aby ktoś pokusił się o tę wątpliwą przyjemność raz jeszcze.

Monika Siara, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 113/2014

Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Alfred Jarry

Ubu Król

reżyseria: Jan Klata

scenografia: Justyna Łagowska

choreografia: Maćko Prusak

muzyka: James Leyland Kirby

obsada: Bolesław Brzozowski, Zbigniew Ruciński, Paweł Kruszelnicki, Zygmunt Józefczak, Błażej Peszek, Krzysztof Stawowy, Rafał Jędrzejczyk, Paulina Puślednik, Zbigniew W. Kaleta, Grzegorz Grabowski

premiera: 16 października 2014

fot. Magdalena Hueckel

Monika Siara – urodzona w marcu 1993. Studentka teatrologii, zakochana w twórczości Aglaji Veterynai.