Gej cioty nie zaakceptuje (Lubiewo: ciotowski bicz)

Gej cioty nie zaakceptuje (Lubiewo: ciotowski bicz)

W czasach poprawności politycznej wypada być tolerancyjnym, także w teatrze. Jednak Piotr Sieklucki, reżyser przedstawienia Lubiewo: ciotowski bicz, chyba o tym nie wie. I zamiast artystycznie nadętego performansu o gejach, zafundował Krakowowi niepoprawnie zabawny i jednocześnie zaangażowany spektakl o ciotach.

Snuta niespiesznie – za to z pełną tego świadomością i przyjemnością – historia o podstarzałych pedałach, którym powodów do nostalgicznych wybuchów przybywa wprost proporcjonalnie do kolejnych fałdek tłuszczu na brzuchu i zmarszczek pod oczami, to tylko jeden z tematów przedstawienia. I tylko na pierwszy rzut oka najistotniejszy.

Cioty, którym nie pozostaje nic innego, jak zepchnięcie na społeczny margines, gdzie ani błyszczeć, ani skandalizować już się nie udaje, stają się w wizji Siekluckiego rodzajem lustra odbijającego rzeczywistość. Oczywiście, lustra nie najlepszej jakości, które oferuje dziwnie wykrzywiony obraz. A mówiąc jeszcze inaczej: Patrycja (Janusz Marchwiński), Lukrecja (Paweł Sanakiewicz) i Aptekara (Dominik Nowak) reprezentują figurę Innego. Ale Innego z najniższej półki, Innego byle jakiego pochodzenia, którego społeczeństwo przetrawiło już jakiś czas temu i teraz ten Inny jest ledwie zauważalny. Nie to, co taki młody gej, Blondyn (Sylwester Piechura), który może liczyć zarówno na lubieżnie wywieszone po kolana języki starych „zboczeńców”, jak i – co ważniejsze – na reakcje społeczne. Kampanie, marsze równości, akcje świadomościowe…

A ciotą gej się zwyczajnie brzydzi. Tak jak Polacy do dziś brzydzą się elementami niechcianego spadku po minionym systemie politycznym.

Co ciekawe, Patrycja, Lukrecja i Aptekara, które powinny przecież wzbudzać największe emocje, prowokować, drażnić albo zniesmaczać, wykazują się największą finezją. Nawet jeśli finezja ta przeplata się z wulgaryzmami i obscenicznymi żartami, tworząc zarazem spójny, pełen komizmu, ale i niepozbawiony odwołań literackich język. Podobnie jest z grą – aktorzy bezbłędnie wydobywają najbardziej stereotypowe, „spedalone” gesty, aby z nich zbudować swoje niewerbalne, precyzyjne i, o dziwo, pełne niewymuszonej subtelności komunikaty. I do tego stopnia są przekonujący, że jedyna kobieta, Pisuaressa (Teresa Pawłowicz), towarzysząca im na scenie, przez pierwsze minuty przedstawienia wydaje się być jakimś fatalnym nieporozumieniem. Jej postaci brakuje polotu, kiedy klepie swoje mdłe: „kabina po 2 zł płatne z góry, ręce w cenie”. Wszystko się jednak wyjaśnia, gdy Pisuaressa dumnie wypina swą heteroseksualną pierś i razem z półnagimi mężczyznami staje w jednym szeregu, aby wyśpiewać ciotowski hymn. Choć nigdy nie miała przygód z własną orientacją seksualną, to też jest Inna. Inna, bo zajmuje się pracą, która poniekąd wyklucza ze zdrowego społeczeństwa. Powoli zarysowuje się pierwsza konkluzja – nawet „normalny” nosi w sobie Innego; ta inność to każde wykluczenie prowadzące do samotności. Stąd chyba rodzi się potrzeba, by stanąć w pierwszym szeregu i wreszcie zabrać głos we własnej sprawie. Nawet jeśli będzie to tylko szereg podstarzałych homoseksualistów.

O tym, że ze sceny można wygłaszać o wiele więcej niż tekst przypisany danej postaci, przekonuje sekwencja, w której pojawia się postać karła-onanisty (Mikołaj Mikołajczyk) w ekstatycznym tańcu (rozwścieczonej corridzie?), stanowiącym także mocny akcent, przełamujący dotychczasowy wesołkowato-wspominkowy nastrój ciotowskiego mikrokosmosu. Mikołajczyk nie tylko nie ucieka od swojej fizyczności, ale to właśnie swoim „nienormalnym” ciałem skutecznie unicestwia postać sceniczną. Musi być sobą i tylko sobą, aby tym razem serio, inaczej niż wszystko, co dotąd wypowiedziano ze sceny, wybrzmiały jego słowa. Ustawiony twarzą do publiczności mówi, że nie lubi, jak przychodzą tu, do teatru, hetero. Wygląda, jakby raz na zawsze odrzucił konwencjonalny podział na widzów i aktorów i teraz złowrogo spogląda w głąb widowni. Z jego ust pada jeszcze niewybredna przestroga dla publiczności, po czym zapala się światło, przedstawienie skończone.

Wystarczy więc nowe rozdanie pojęć „normalny”/„inny”, aby wszystko odwróciło się do góry nogami, aby to heteroseksualni musieli podjąć żmudną walkę o swoje prawa. Jak choćby o prawo wstępu na przedstawienia przeznaczone dla homoseksualistów.

W tym miejscu trzeba wspomnieć jeszcze o kimś, ponieważ pełnoprawną bohaterką spektaklu jest scenografia Łukasza Błażejewskiego – genialna w swej prostocie, niezwykle funkcjonalna, a jednocześnie podsycająca wyobraźnię widza coraz to nowymi obrazami i skojarzeniami. Czworo drzwi z otworami w kształcie fikuśnych serduszek raz prowadzić będzie do obskurnych kabin WC, gdzie można zaspokoić każdą potrzebę fizjologiczną. Innym razem, przy odpowiednim świetle i pełnym wyciemnieniu widowni, chcąc nie chcąc, stajemy się podglądaczami erotycznego peep-show. Kiedy indziej znowu pojawiają się skojarzenia z szopką polityczną, gdzie na płaskim tle przewijają się gadające głowy, a każda posiada monopol na prawdę o tym, co już było i o tym, co (i jakie) będzie. Poza tym scenografia świetnie oddaje nastrój nostalgii za odchodzącym nieubłaganie światem PRL-owskiej bylejakości i… słodkich uroków ciotowskiej młodości. A kiedy obraz tandetnych kabin połączy się w całość z melodią szlagierów, takich jak Już nie ma dzikich plaż, Pocałunek ognia czy Historia jednej znajomości, rodzi się wówczas nieodparte wrażenie, że PRL wcale nie odszedł, ale ma się całkiem nieźle, choć na co dzień egzystuje gdzieś pokątnie.

Przedstawienie, na którym byłam, przypadło akurat na rocznicę 35-lecia pracy twórczej Pawła Sanakiewicza. Było i zaskoczenie jubilata, i kwiaty, i szminka (damska, wprost z ust Teresy Pawłowicz) na policzku. I znamienne słowa aktora, że to Teatr Nowy stał się dla niego bardzo ważną sceną. Wizja teatru zaangażowanego, stanowiącego rodzaj trybuny, a jednocześnie niepozbawionego poczucia humoru (czyli chyba właśnie takiego, jaki marzył się Siekluckiemu), nabrała więc realnych kształtów.

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 67/2013

Teatr Nowy w Krakowie

Lubiewo: ciotowski bicz

według powieści Michała Witkowskiego

reżyseria: Piotr Sieklucki

scenografia: Łukasz Błażejewski

choreografia: Mikołaj Mikołajczyk

obsada: Paweł Sanakiewicz (Lukrecja), Janusz Marchwiński (Patrycja),Teresa Pawłowicz (Pisuaressa), Sylwester Piechura (Blondyn), Mikołaj Mikołajczyk (Wiesia), Dominik Nowak (Aptekara)

premiera: 22 czerwca 2013

fot. mat. teatru

Agnieszka Dziedzic – rocznik 1987, studentka dramatologii UJ, od 2008 roku związana Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”, gdzie publikowała swoje teksty i pełniła funkcję redaktora oddziału Kraków. Interesują ją „błędy” w sztuce – teatr, który nie chce być modny, architektura, która potrafi odstraszyć, literatura, która bredzi, choć czyni to z urokiem. A ostatnio także teatr lalek.