Gdzież, o miłości, twoje zwycięstwo? (The Blue Room)

Gdzież, o miłości, twoje zwycięstwo? (The Blue Room)

The Blue Room to kolejna historia o miłości. Ale daleka od tych, co zaczynają się od ugiętych kolan, ogłupiających spojrzeń i czarujących rumieńców. Ta nie warta jest jednego wiersza – ani wiosny nie czyni, ani gór nie przenosi. Zamiast snu nocy letniej, samotność lasu wiedeńskiego albo, cytując Marcina Barana, „sny słodkie jak chuj”. Zamiast świerszczy, rechoczące żaby. Ze wzruszeń zostały słynne wzruszenia ramion. Z ukochanych miast – zimne pokoje.

Agnieszka Glińska nie daje swoim bohaterom nawet skrawka mitycznej nici Ariadny. Po ciemnych uliczkach, brzęcząc niechcianymi kluczami do pustych mieszkań, muszą błąkać się po omacku – trochę żałośnie, nieco ospale. Ale zdarzają się i jaśniejsze momenty: truskawkowe lody, dobra brandy i szybkie numerki z namiastkami orgazmów, które przecież COŚ znaczą. Ponadto tanie hotelowe pokoje nie spłonęły, puby nie runęły, nawet w dark roomach majaczy czasem światło. Można zatem poudawać, że wszystko da się jeszcze jakoś poskładać, że nie ma czegoś takiego, jak piątek trzynastego, a powolne, wielokrotnie złożone zdania przytwierdzają ciało do ciała.

Niestety życie nie jest pomyślane w ten sposób. Co więcej, wydaje się ono w ogóle nieposkładane. Pomyli się jednak ten, kto orzeknie, że rozrzucono kartki scenariusza. Na scenie burdel co prawda nieogarniony, ale – paradoksalnie – niejako utajony. Mowa bowiem o syfie wewnętrznym, nie o fabularnym mętliku. Kotłują się pragnienia bohaterów, słowa myślom kłamią, roznamiętnione usta harcują, nogi (w prujących się, analogicznie do estetyczno-etycznych zasad, rajstopach) lubieżnie zwisają z parapetów i ławek, lecz wszystko to składa się w zaskakująco spójny obrazek. I nie chodzi tu o wspólnotę wyuzdań i spustoszeń, a – co tym bardziej przerażające – powtarzalność tychże.

Spektakl swoją kompozycję zawdzięcza autorowi dramatu, który zręcznie przepisał o kilkadziesiąt lat wcześniejszy Korowód Arthura Schnitzlera, czyli dziesięcioaktową opowieść o seksualnej sztafecie zdradzanych i zdradzających ze zmieniającą się przy każdym kolejnym okrążeniu pałeczką (partnerką/partnerem). W wersji współczesnej nie ma już hrabin ani paniczów, za to zasada pozostaje ta sama. Rzecz zaczyna się od przygód dziwki-transwestyty z przygłupim taksówkarzem i na owej pannie kończy. Bo to jest niekończąca się historia albo – jak kto woli – błędne koło. Akcja rozwija się łańcuchowo, a całość układa w błyskotliwą wariację na temat Freudowskiej projekcji. Mamy do czynienia z podwójnym kodowaniem czasu – wieczny przeplata się z teraźniejszym. Glińska doskonale przekłada wpisaną w tekst sztuki dwoistość na język spektaklu. Dzięki silnie akcentowanemu „tu i teraz” dość papierowe postaci wymykają się skostniałym ramom stereotypów. Stare, znane pożądanie zyskuje zaś na „mięsistości”. Oczywiście nie udałoby się to, gdyby nie zuchwała obsada, której należy się zresztą osobny akapit.

Studentom przyszło zmierzyć się z postaciami po pachy skąpanymi w swych traumach, upodlonymi samotnością, będącymi o krok od – nie wiadomo wyzwalającej czy unicestwiającej – eksplozji. Młodzi aktorzy swoje nieprzyjemne opowieści snują na wskroś tragiczne, lecz bez romantycznego bicia w piersi. Przejmująco bełkoczą i dyszą, słyszalnym czyniąc dogorywanie wykoślawionych wartości i jęki zdławionych miłości. Zapijaczone oddechy, zamroczone spojrzenia, zezwierzęcony seks, któremu – mimo rozognienia – bliżej do, zwieńczonej mniej lub bardziej doniosłym dojściem, masturbacji niż realnego obcowania z niewyobrażonymi kochankami – to wszystko czyni The Blue Room podobnym do raportu z gruzowiska.

Choreografia Weroniki Pelczyńskiej pozbawia nas wszelkich złudzeń. Kolejne układy to rozmaite wizualizacje aktów seksualnych. Ruchome obrazy-metafory, które – przez jawną teatralność i estetyzację – stanowią przeciwwagę dla raczej mało subtelnych dialogów. Ów kontrast z jednej strony nie pozwala na oswojenie opowieści, a z drugiej potęguje swoisty efekt chłodu. Muzyczno-taneczne epizody pojawiają się w spektaklu jak refren, co tylko podkreśla cykliczny charakter snutej opowieści. „To są zwyczajne dzieje” – zdają się mówić twórcy przedstawienia. I nie będą inne, choćbyśmy nie wiadomo, co zrobili. Dlatego bohaterowie, chociaż smutni i „odczarowani”, nie bombardują psimi spojrzeniami i w ostatecznym rozrachunku nie budzą nawet pogardy, co wbrew pozorom jest kolejnym plusem The Blue Room.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 93/2014

Teatr Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego
David Hare
The Blue Room
przekład: Małgorzata Semil
reżyseria: Agnieszka Glińska
scenografia: Maja Skrzypek
choreografia: Weronika Pelczyńska
światło: Karolina Gębska
opracowanie muzyki: Franek Przybylski
konsultacja muzyczna: Marcin Januszkiewicz
fryzury: Paweł Kaleta
obsada: Mikołaj Jodliński, Michał Nowak, Alicja Karluk, Damian Strzała, Ewa Porębska,Kamil Mróz, Małgorzata Kowalska, Maciej Charyton, Lena Schimscheiner, Marek Grabiniok
premiera: 21 lutego 2014 
fot. Franek Przybylski

Alicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.