Gdzie diabeł mówi dobranoc (Droga śliska od traw. Jak to diabeł wsią się przeszedł)

Gdzie diabeł mówi dobranoc (Droga śliska od traw. Jak to diabeł wsią się przeszedł)

Dawno dawno temu, za górami za lasami, diabeł wsią się przeszedł. Co zobaczył? Stereotyp na stereotypie, mnóstwo uproszczeń i morał na koniec. Droga śliska od traw, określana mianem „wiejskiej ballady” nawiązującej do bajki i moralitetu okazuje się niestety kompletnym niewypałem, dziwaczną i niedookreśloną gatunkowo hybrydą.

Już sam wybór inspiracji formalnej wskazuje na powielanie pewnych kalek myślowych i artystycznych. Jeśli robimy spektakl o wsi, to obowiązuje konwencja „na ludowo”, co ma dodatkowy plus, ponieważ pozwala na zarysowanie grubą kreską podziału na oświeconych i uprzedzonych, dobrych i złych, bogatych i biednych. Problem w tym, że właściwie wszyscy bohaterowie Drogi… są nietolerancyjni, powierzchownie religijni, biedni. Pieniądze ma oczywiście tylko ksiądz, o czym dowiadujemy się z iskrzącej się licealnym humorem komediowej wstawki. Pewnie znajdziemy wszystkie te cechy i sytuacje na polskiej wsi. Ale czy wyłącznie takie? Wydaje mi się, że Paweł Wolak i Katarzyna Dworak poszli po linii najmniejszego oporu, skutecznie utwierdzając i dodatkowo podkreślając stereotypowy obraz wsi jako miejsca na ziemi, gdzie diabeł mówi dobranoc, wszystkie postaci reprezentują sobą zaściankową mentalność, a poziom życia i technika przywodzą na myśl skanseny. Żeby dopełnić tego obrazka, bohaterowie noszą imiona takie jak Jasiek, Bogdan czy Maryśka. Jak słusznie zauważył w Młodszym księgowym Jacek Dehnel, zwłaszcza w młodszym pokoleniu łatwiej spotkać Andżelikę (i dotyczy to nie tylko wsi).

Tego rodzaju spojrzenie z góry pojawia się też na poziomie fabularnym. Mamy więc Jaśka (Paweł Wolak) i jego rodzinę: upośledzonego umysłowo brata, starych rodziców, których zamyka się na klucz w pokoju oraz siostrę, która w ukryciu spotyka się z sąsiadem, świadkiem Jehowy. Sceneria szybko się jednak zmienia i przenosimy się do kościoła, bo Jasiek jest ministrantem. Dialogi od początku przejmują część funkcji innych środków teatralnych, na przykład: „Służysz dzisiaj do mszy? Służę”. Proszę bardzo, jesteśmy w kościele. Podobne nie do końca uzasadnione albo po prostu źle zainscenizowane zmiany przestrzeni i czasu pojawiają się w trakcie całej sztuki, z kulminacją w momencie, gdy tracimy z oczu jakieś siedem lat, a orientujemy się o tym fakcie dopiero po około dziesięciu minutach. Na chwilę przed wigilią do kościoła wpada Bogdan (Rafał Cieluch), lokalny agresywny pijak, wrócił właśnie z więzienia, gdzie siedział za znęcanie się nad żoną. „Boi się go cała wieś” – informują nas chórem członkowie małej wspólnoty. Gdybyśmy jeszcze mieli wątpliwości, co do roli mężczyzny w przedstawieniu, to wchodząc na scenę, aktor widowiskowo się potyka, odsyłając nas do początkowego wierszyka o diable, który wsią się przeszedł i potknął. Szkoda takich reżyserskich uproszczeń, tym bardziej, że obok kilku słabszych aktorsko kreacji widać było spory potencjał – na przykład u Grzegorza Wojdona, wcielającego się w Diabła czy Rafała Cielucha, który pomijając wspomniane wcześniej potknięcie, ma naprawdę dobre sceny, a jego kreacja mimo drętwoty całego spektaklu, wywołuje dreszcze i uczucie irracjonalnego niepokoju.

Oprócz przemocy rodzinnej (obecnej w pewnym sensie we wszystkich domach!) pojawia się też wątek nietolerancyjnej katolickiej religijności, która nie pozwala wspólnocie zaakceptować sąsiadów – świadków Jehowy. W tym kontekście dosyć instrumentalnie przywołani są także Żydzi, jako figura wiecznego obcego. Pojawia się tam mniej więcej tak łopatologiczny dialog: „A Żydzi jak pana Jezusa do krzyża przybili? Ale to nie Żydzi tylko Jehowy! Wszystko jedno – obcy, a obcy to źli!”. W ten sposób widz wie już wszystko, łącznie z tym, jaką lekcję na temat polskiej wsi ma z tak skonstruowanego obrazka wyciągnąć. Trudno jest oprzeć się wrażeniu, że to zestawienie dwóch wiar nie jest przypadkowe, a twórcy stwierdzili po prostu, że będą bardziej oryginalni, jeśli wprowadzą na scenę świadków Jehowy. Inne wyznanie okaże się zresztą plamą niezmywalną nawet przez przejście na katolicyzm – teoretycznie zbrodnia nie ma związku z inną wiarą, ale w świetle wcześniejszych pogróżek o spaleniu im domu wydźwięk jest oczywisty. Jeszcze tylko groteskowa scena samosądu (tłum z widłami) i już czas na morał przewrotnie wypowiadany przez Diabła. Wykorzystane przez artystów konwencje uzasadniają co prawda taką prostą konstrukcję przedstawienia, ale niewprawna reżyseria, „drewniane” aktorstwo i ułożone aż zbyt oczywiście metafory słowne i wizualne sprawiają, że Droga… zwyczajnie nuży, a w dodatku zamiast rozprawiać się ze stereotypami – tylko je utwierdza.

Aleksandra Spilkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn Teatralny „Teatralia”, nr 119/2014

7 Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia

Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy

Droga śliska od traw. Jak to diabeł wsią się przeszedł

reżyseria: Paweł Wolak i Katarzyna Dworak

scenografia: Małgorzata Bulanda

ruch sceniczny: Leszek Bzdyl

muzyka: Kormorany

grafika: Małgorzata Nowak

obsada: Magda Biegańska (Sabinka), Katarzyna Dworak (Marysia), Joanna Gonschorek (Matka/Mega Baba), Zuza Motorniuk (Ola), Anita Poddębniak (Jehowa/Mega Baba), Magda Skiba (Mega Baba), Bartosz Bulanda (Damianek), Rafał Cieluch (Bogdan), Robert Gulaczyk (Ksiądz), Albert Pyśk (Pawełek), Grzegorz Wojdon (Diabeł), Paweł Wolak (Jasiek), Lech Wołczyk (Ojciec/Sołtys), Emilka Majana – Wolak

premiera: 12 grudnia 2013

fot. Karol Budrewicz

Aleksandra Spilkowska – ur. 1992, studentka wiedzy o teatrze i krytyki literackiej, gdańszczanka mieszkająca w Krakowie.