Espresso Witkacy

Espresso Witkacy

Miłośnicy tego czarnego trunku wiedzą, że picie kawy jest swoistym rytuałem. Ci, którzy lubują się w aromacie parzonych o poranku ziaren, z pewnością nie zamieniliby tej wyjątkowej chwili na żadną inną. Ważne, aby sporządzony napój był wyrazisty, mocny i pobudzał do życia – jak Witkacy w Łaźni Nowej.

Spektakl Justyny Kowalskiej to krótki, ale niezwykle intensywny rytuał wydobywania esencji z tego, co nazywamy Witkacym. Bo Witkacy to nie tylko ekscentryk sprzed prawie stu lat. To symbol, wytrych, który po dziś dzień otwiera teatralne ścieżki w najróżniejszych kierunkach.

Matka Gyubala Wahazara trochę straszy, a trochę bawi się istotą jedności w wielości. Filozofia autora Szewców, jego spojrzenie na teatr i sztukę w ogóle zostają w tym spektaklu przedstawione tak, że może i sam Witkiewicz doznałby metafizycznego szoku.

Mamy więc wszystko, co potrzebne do sporządzenia naparu z mózgu Witkacego: monstrualność, przerysowanie oraz hybrydyczność stylów i rozwiązań. Na scenie Ona (Małgorzata Wojciechowska) – matrona, mistrzyni ceremonii, wyuzdana femme fatale i madame w jednym. Pod sceną (i pod Nią samą) Syn (Marcin Kalisz), młody ekstrawertyk marzący o intelektualnym podboju świata.

Matka, siedząca na tronie, zarzuca pajęcze sieci na całą przestrzeń spektaklu. Plącze się w nich nie tylko Syn, lecz także publika. Za pomocą długich synaps odbieramy przekaz jej nerwów, a trzeba przyznać, że nie jest to łatwe zadanie: mieszają się w nich bowiem rozpacz, śmiech, łzy, a przede wszystkim – jak to u Witkacego – jałowość i poczucie bezsensu życia. Smagając synapsami niczym długimi pejczami, Matka próbuje w jakiś sposób wciągnąć nas w swój świat.

Z pomocą przychodzi Gyubal. Wyłania się spod monstrualnej sukni Matki w sposób, który przypomina długi i niezbyt chciany poród. Myliłby się ten, kto liczyłby na ratunek ze strony Syna. Otóż widownia jest dla niego jedynie mięsną kulą, z której ewentualnie można w przyszłości ulepić człowieka lepszych czasów.

I tak jak jałowością próbuje zamęczyć nas Matka, tak jałowością dobija nas Syn. Jednak nie robi tego w sposób nużący, ale po witkacowsku właśnie. Dlatego też nie ma mowy o chwili wytchnienia – pędzimy oczami po sali, by nadążyć za wijącym się w metafizycznym bagnie Gyubalem. Młody intelektualista robi wszystko, żebyśmy przekonali się do jego idei: biega, krzyczy, grozi, gra na gitarze, romansuje z lalką bez głowy i stopniowo popada w obłęd. Wszystko w towarzystwie świetnie dobranej muzyki i elektryzującej gry świateł.

Nie warto rozpisywać się o czymś, co trzeba po prostu zobaczyć. Z pewnością nie jest to spektakl dla laików w tematach witkacowskich ani dla tych, którzy od kawy wolą herbatę. Pierwsi wyjdą z teatru skołowani, drudzy z arytmią serca po wypiciu potrójnego espresso.

Piotr Gaszczyński, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” nr 52/2013

Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Matka Gyubala Wahazara wg Witkacego

reżyseria: Justyna Kowalska

scenariusz: Justyna Kowalska

scenografia: Grzegorz Borys Roman

muzyka: Piotr Żyła

obsada: Małgorzata Wojciechowska (Matka), Marcin Kalisz (Gyubal)

premiera: 24 marca 2012

Piotr Gaszczyński (1987) – absolwent filologii polskiej oraz teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W „Teatraliach” publikuje od 2010 roku. Miłośnik groteski pod każdą postacią, fan Manchesteru United i czarnej kawy.