Dobra bajka o umieraniu (Oskar i Pani Róża)

Dobra bajka o umieraniu (Oskar i Pani Róża)

W przyszłym roku minie dziesięć lat od premiery wyreżyserowanego przez Annę Augustynowicz spektaklu Oskar i Pani Róża. Z całego serca życzę temu spektaklowi pełnej sali publiczności przez przynajmniej kolejne dziesięć. Są takie dzieła sztuki, które mówią o, wydawałoby się, banalnych prawdach egzystencjalnych. Tekst Érica-Emmanuela Schmitta jest jednym z takich dzieł. I bynajmniej nie jest to wcale zarzut. Bardzo dobrze, że taka twórczość istnieje. Bardzo często te jednak ważne truizmy życiowe bywają pozagrzebywane gdzieś w miejscach, do których w codziennej krzątaninie trudno nam dotrzeć. I właśnie takie książki oraz spektakle, jak Oskar i Pani Róża, pomagają nam te zagubione miejsca odnaleźć. A w nich kryją się proste przesłania, choćby takie, że trzeba doceniać każdą chwilę życia. Truizm? Banał? Jak najbardziej, ale spróbujmy o nim całkiem zapomnieć…

Na scenie dwie postaci: Oskar i Pani Róża i dwie główne role: Wojciech Brzeziński i Anna Januszewska. Oboje prezentują wysoki poziom gry aktorskiej. Para ta stworzyła bardzo głęboki i przekonujący konstrukt psychologiczny swoich postaci. Zachowanie, gesty, mimika, sposób podawania tekstu, tembr głosu, energia sceniczna aktorów doskonale oddają charaktery kreowanych postaci. Z jednej strony symultaniczne opisywanie gry aktorskiej dwojga aktorów może wydawać się mało wnikliwe. Z drugiej jednak (uwzględniając wszystkie aspekty gry aktorskiej) Brzeziński był świetnym Oskarem, a Januszewska świetną Panią Różą – po prostu. Z czego wydaje mi się, że Brzeziński miał trudniejsze zadanie aktorskie przed sobą, ponieważ jego kreacja wymagała wcielenia się w postać, która jest dzieckiem. Zadanie niejako podwójne. Raz – stworzyć autentyczny charakter postaci (co udało się obojgu aktorom), dwa – odnaleźć w sobie przestrzeń, którą zamieszkuje dziecko. I to dodatkowe zadanie Brzeziński wykonał celująco.

Mocnym aspektem przedstawienia jest także scenografia: kilka szpitalnych łóżek z krzesłami obok, ustawionych w jednej linii, poprzedzielanych przeźroczystymi ścianami. Całość obrazu tworzyła złudzenie oddalania się od publiczności i znikania w mrocznej przestrzeni. Dodatkowo przeźroczyste ściany multiplikowały powstały obraz odbijający się kilkakrotnie na powierzchniach pleksy, tworząc wrażenie wielowymiarowości przedstawionego świata, i jednocześnie w jakiś tajemniczy sposób obrazowały upływający czas, którego przecież zobrazować się nie da.

Przestrzeń przedstawienia została steatralizowana i, choć dziwnie jest używać tego przymiotnika w odniesieniu do przestrzeni spektaklu teatralnego, uważam, że właśnie to stwierdzenie jest adekwatne, w szczególności w odniesieniu do pracy twórczej Anny Augustynowicz. Króluje tutaj kontrast czerni i bieli, pomalowane na biało twarze z czerwonymi ustami – to znane i często stosowane zabiegi teatralne. Jednakże użyte w tym przedstawieniu mają dosyć przewrotny charakter. Historia realna, na pewno nie fantastyczna, mogąca zdarzyć się naprawdę zostaje odziana w teatralną maskę, co paradoksalnie nadaje jej większego autentyzmu i kolejnego wymiaru – scenicznego. Oskar ubrany w białą koszulę z krawatem i w czarny garnitur staje się większym wyzwaniem i urozmaiceniem dla widza niż dorosły mężczyzna przebrany za dziecko i ubrany w dziecięcą piżamkę. Co swoją drogą mogłoby być żenujące i groteskowe. Ciocia Róża także nie ma stroju stereotypowej wolontariuszki. Ubrana w czernie, w rękawiczkach, z kapelusikiem na głowie staje się raczej jakąś marą, pojawiającą się jednak, żeby pomóc. Ogólnie w odbiorze obydwu postaci odczuwalny jest jakiś bardzo silnie zarysowany dysonans. Z jednej strony obcujemy z postaciami, które są bardzo metaforyczne i symboliczne, z drugiej jednak te same postaci wydają nam się bardzo realne, wręcz zbudowane z krwi i kości, można nawet powiedzieć o nich – swojskie. Bardzo ciekawy zabieg łączący w sobie te dwie przestrzenie – realną i metaforyczną, przestrzeń życia i śmierci. Całości dopełnia doskonała muzyka Jacka Wierzchowskiego, nadająca przedstawieniu mroczny charakter.

Miałam możliwość zapytania pewnej uznanej profesor psychologii o kwestię przedstawiania dzieciom historii strasznych, okrutnych, bolących. Nie potrafiłam sama odpowiedzieć sobie na pytanie, co w tej kwestii zrobić: omijać, milczeć, oszczędzić im tego czy raczej opowiadać, przedstawiać rzeczywistość z całym jej kolorytem, także z bólem i cierpieniem. Owa pani odpowiedziała mi, że jak najbardziej trzeba opowiadać te trudne historie. Jednak należy pamiętać, że po takiej opowieści musimy mieć także czas na to, aby tę historię domknąć, wyjaśnić, przegadać, żeby nie pozostawić otwartej rany. I tak sobie myślę, że spektakl Oskar i Pani Róża w ciągu tych stu minut otwiera wiele ran, dotyka bardzo bolesnych miejsc, niczego nie omija, nawet tych wręcz demonicznych przestrzeni (obraz maszerujących Róży i Oskara). Jednak także w tym jednym odcinku czasowym potrafi te przestrzenie jakoś uzdrawiająco pozamykać i pomimo pełnego obrazu, tak jak ciocia Róża, dodać otuchy.

Kinga Binkowska, Teatralia Szczecin
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 74/2013

Teatr Współczesny w Szczecinie

Oskar i Pani Róża

Éric-Emmanuel Schmitt

przekład: Barbara Grzegorzewska

reżyseria: Anna Augustynowicz

scenografia:  Marek Braun

kostiumy: Wanda Kowalska

muzyka:  Jacek Wierzchowski

obsada:

Oskar : Wojciech Brzeziński

Pani Róża : Anna Januszewska

prapremiera: 29 października 2004

fot. Marek Biczyk