Czarny Czerwony Kapturek

Czarny Czerwony Kapturek

Bajkę o Czerwonym Kapturku znamy wszyscy. I nie muszę mówić, że historia ta budzi lęk, mrozi krew w żyłach, bo gdyby przyjrzeć się jej z bliska, nie znajdziemy tam nic sympatycznego – drapieżne zwierzę pożera Babcię i jej wnuczkę. Obie żyją w żołądku zwierzęcia, a z odsieczą nadchodzi Gajowy, który rozpruwa brzuch wilka, po czym wyciąga kobiety z jego wnętrza. Makabra.

Teatr Andersena pokusił się o to, by wystawić nową wersję bajki. I muszę przyznać, że jest to propozycja bardzo ciekawa. Chłód, mrok i strach czuć od pierwszych sekund przedstawienia – sześcioro aktorów ubranych w czarne kostiumy, z pomalowanymi na biało twarzami oraz podkreślonymi na czarno oczami i ustami podskakuje śpiewając – tym samym pełnią oni funkcję chóru i przewodnika po spektaklu (otwierają oraz zamykają przedstawienie). Swoją drogą, to bardzo dobre muzycznie przedstawienie; miłe dla ucha, rytmiczne utwory połączone z dynamicznymi choreografiami Urszuli Pietrzak zasługują na uznanie. Kompozycja ruchu angażuje całą przestrzeń sceniczną, co sprawia, że przedstawienie jest żywe, ciągle ewoluuje i się rozwija. Sam Czerwony Kapturek nie jest już tą słodką, grzeczną dziewczynką znaną z oryginału –  to raczej beztroska, zbuntowana Michalinka, walcząca o swoją niezależność i nie słuchająca tego, co mówią do niej rodzice. To dziewczyna, która każe mówić na siebie Czerwony Kapturek, bo nie znosi swojego imienia. Należy tutaj wspomnieć o Matce Kapturka, postaci najbardziej przerażającej i budzącej strach, zakrawającej trochę na postać z psychodelicznego horroru. Jej specyficzny chód i gestykulacja nie wywołują pozytywnych uczuć. Babcia natomiast jest denerwującą hipochondryczką, która wciąż wpada w panikę, że za chwilę umrze, i cały czas dzwoni do rodziny z pretensjami, że nikt nie przychodzi jej na ratunek.

Kapturek podczas swojej wędrówki spotyka przeróżnych bohaterów baśni braci Grimm, którzy zagubili drogę i zawędrowali „na plan” Czerwonego Kapturka. Pojawia się dziewczynka z zapałkami – piromanka, której radość sprawia podpalanie lasu, jest też Baba Jaga szukająca w lesie Jasia i Małgosi, jako że gdzieś jej się zgubili. Na leśnej ścieżce Michalinka, o przepraszam, Czerwony Kapturek spotyka także Misia (lub Niedźwiedzia, sama już nie wiem) cierpiącego na narkolepsję. Jest też sześciu krasnoludków (bo siódmy został przygnieciony przez Śnieżkę), którzy uciekli od podłej królewny, wnioskując z ich dramatycznych wypowiedzi, niespecjalnie przypominającej tę dobrą, kochaną Śnieżkę. Scena z Krasnalami jest jednym z lepszych (o ile nie najlepszym) fragmentów spektaklu. W rzeczywistości, krasnoludki są kukiełkami przyczepionymi do nóg aktorów (Ilona Zgiet, Konrad Biel, Piotr Gajos), którzy bardzo sprawnie animują lalki, tak że postacie poruszają się na scenie żwawo i dynamicznie. Bardzo atrakcyjnym rozwiązaniem jest kompilacja różnych stylów z filmów i bajek. Miś wygląda jak postać z animowanego serialu Włatcy móch, gajowy Jan Mucha (Konrad Biel) przywdziewa pelerynę niczym najwięksi superbohaterowie – Superman czy Batman, a wspomniany na początku „chór”, a zwłaszcza jego męska część, przypomina nieco bohaterów ekspresjonistycznych filmów skrzyżowanych z batmanowym Jokerem.

Ale nie byłaby to bajka o Czerwonym Kapturku, gdyby nie pojawił się tam Wilk, co ciekawe Wilk-alergik. Zwierzę przez katar, który doskwiera mu od małego, nie może uczestniczyć w polowaniach. Dlatego też znajduje sobie inne zajęcie – biega po lesie z chusteczkami i zostawia je gdzie popadnie. Wilk (w tej roli Bartosz Siwek) to raczej budząca na twarzy widza ironiczny uśmiech postać niż przerażająca, krwiożercza bestia.

Z pewnością spektakl ten ma bawić i tak jest, a co ważne – także mali widzowie i ich reakcje są często przyczyną uśmiechu. Wystarczy wspomnieć o scenie poszukiwania Kapturka i Wilka przez Jana Muchę. Dzieci zostają w tym momencie włączone w bieg wydarzeń i podpowiadają Gajowemu. Wreszcie, zmęczone ilością pytań, odpowiadają mu rezolutnie: „Nie wiesz, która to lewa?”.

Spektakl ten uzmysłowił mi, jak bardzo ewoluował teatr przeznaczony dla dzieci. Dostrzegam wyraźnie, jak silnie teatr dostosowuje się do myślenia i potrzeb małego widza. Spektakl z pewnością pobudza wyobraźnię, nie tylko małego widza, ale i tego starszego, nasuwa wiele skojarzeń, bawi. Widać, że także aktorom praca nad spektaklem sprawiła radość, tworzą naprawdę zgrany kolektyw. Nie jestem jednak pewna co do tego, czy jednocześnie spektakl nie jest dla dzieci zbyt mroczny. Owszem, przełamany zabawą i żartem, ale wciąż przerażający, wciąż budzący dziwne uczucie dyskomfortu, nawet we mnie, widzu nieco większym.

Joanna Samołyk, Teatralia Lublin
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 44/2013

Teatr im. H. Ch. Andersena w Lublinie

Czerwony Kapturek

scenariusz, reżyseria, teksty piosenek: Jerzy Jan Połoński

scenografia: Marika Wojciechowska

muzyka: Michał Kowalczyk

choreografia: Urszula Pietrzak

przygotowanie wokalne: Aleksandra Mikołajczyk

obsada: Gabriela Jaskuła (Czerwony Kapturek), Mama (Bożena Dragun), Babcia (Ilona Zgiet), Stary Niedźwiedź (Piotr Gajos), Krasnoludki (Ilona Zgiet, Piotr Gajos, Konrad Biel), Dziewczynka z zapałkami (Ilona Zgiet), Wilk (Bartosz Siwek), Baba Jaga (Bożena Dragun), Mucha Jan (Konrad Biel).

premiera: 1 grudnia 2012

 Joanna Samołyk –  ur. 1991 w Bełżycach. Studentka III roku filologii polskiej z wiedzą o kulturze i specjalizacji teatrologicznej UMCS Lublin, absolwentka specjalizacji judaistycznej przy kierunku kulturoznawstwo UMCS Lublin. Od małego tańczy – na początku taniec towarzyski, któremu poświęciła 7 lat swojej skromnej egzystencji, z czasem zmieniła styl na modern jazz, który tańczy od 2 lat. Jako czteroletnia dziewczynka zaprowadzona przez tatę do Teatru im. Andersena na Królową śniegu zauroczyła się teatrem i tak już zostało. Wraz z pójściem na studia, trafiła do „5ściany” – uczelnianej gazetki festiwalowej. W wolnych chwilach - jak już takie znajdzie - uwielbia wyjeżdżać na żagle, najlepiej na piękne, zielone Mazury. Nie rusza się z domu bez słuchawek i odtwarzacza mp3, gdyż uważa, że dźwięki najlepiej oddają emocje.