Cover wszystkich coverów

Cover wszystkich coverów

Nakreślona przez Szekspira historia Tytusa Andronikusa nieprzerwanie fascynuje twórców teatralnych. W latach osiemdziesiątych minionego stulecia sięgnął po nią kojarzony powszechnie z twórczością zaangażowaną Heiner Müller, odczytując Szekspirowski dramat przez pryzmat ówczesnej sytuacji politycznej. Jego wizję, która –  pomimo zmieniających się realiów – ani trochę nie straciła na aktualności, przypomniał nam niedawno Wojtek Klemm, inscenizując w Narodowym Starym Teatrze Anatomię Tytusa. Fall of Rome. Müller i Klemm nie są jednak jedynymi twórcami, którym atrakcyjny wydał się, wiodący w dramacie Szekspira, motyw zemsty, tak samo, jak teatr stricte polityczny nie jest jedynym miejscem do jego reinterpretacji. Fascynacji historią rzymskiego wodza nie kryje także Mateusz Pakuła, umiejętnie doprawiając Szekspirowsko-Müllerowską bazę sporą szczyptą intertekstualnych smaczków. Powstały w efekcie tych działań dramat Na końcu łańcucha w reżyserskiej interpretacji Ewy Rysovej i brawurowym wykonaniu zespołu aktorskiego z lubelskiego Teatru im. Juliusza Osterwy mogliśmy oglądać na zakończenie tegorocznego Forum Młodej Reżyserii w krakowskiej PWST.

Spektakl intryguje już od pierwszych chwil. Wzdłuż sceny rozbudowanej aż do pierwszych rzędów widowni rozciąga się pas soczyście zielonej, sztucznej trawy. Na nim stoi estradowy mikrofon, a w głębi daje się zauważyć zaciągniętą jeszcze, tradycyjną kurtynę. Wśród powoli zajmujących miejsca widzów, pojawiają się groteskowe postaci, wyglądające jak wyjęte z teatralnej garderoby sprzed kilku wieków. Nadgryzione zębem czasu, bogate niegdyś kostiumy i potargane, pudrowane peruki zdradzają tożsamość noszących je istot. To opiekuńcze duchy lubelskiej sceny, zbiorowy genius loci, który dostanie swoje pięć minut w spektaklu Rysovej. Na razie zachowują się trochę jak ciekawskie dzieci – próbują zaczepiać gromadzących się widzów albo wspiąć na scenę, ostentacyjnie okazując zniecierpliwienie. Kiedy zgasną światła, zastygną wśród publiczności, by co pewien czas dawać o sobie znać szmerem, chichotem czy niespokojnym ruchem, w antrakcie natomiast zawładną przestrzenią foyer i szatni.

Umieszczona w głębi sceny kurtyna wreszcie idzie w górę. Niezwykle udana scenografia autorstwa Justyny Elminowskiej nie jest jednak tym, co widz zauważy na samym początku, gdyż tuż po wygaszeniu świateł dopada go katatonia dźwięków w wykonaniu obecnego przez większą część spektaklu zespołu BROJO. Przy akompaniamencie mocnego, rockowego riffu, wśród kłębów dymu na scenę wchodzi najwyżej dziesięcioletnia dziewczynka, wystylizowana na dorosłą artystkę. Odważnie podchodzi do mikrofonu i zaczyna śpiewać Puszka Okruszka – stary, dziecięcy hit, wylansowany niegdyś przez małą Natalię Kukulską, na której twórczości setki polskich dzieci rozpoczęły swoją muzyczną edukację. Tu krystalizuje się konwencja koncertu, pomimo drobnych potknięć, prowadzona przez Evę Rysovą do końca. Śpiewająca dziewczynka to support, po którym przychodzi czas na krótką konferansjerkę. Należący do Tomasza Bielawca głos z offu nie pozwala nam zapomnieć, że mamy do czynienia z widowiskiem, wobec którego każdy z nas staje samotnie, nawet jeśli przyszedł do teatru w gronie znajomych. O tym, że nie zetkniemy się tu z mityczną „czwartą ścianą”, a co najwyżej złożymy hołd idei teatru epickiego Brechta, przypominają także stojące po bokach sceny dwa dodatkowe mikrofony. Za chwilę Chiron (Wojciech Rusin) i Demetriusz (Paweł Kos)  wygłoszą do nich swoje monologi. Trawiastym wybiegiem przejdzie Lawinia (Marta Ledwoń) w awangardowej spódnicy (wierna kopia stroju małoletniej poprzedniczki), pomysłowo uszytej z poduszek do biustonoszy typu push-up. Opowie o rozterkach okresu dojrzewania (ma pewien wstydliwy problem, związany z nadmiernym wydzielaniem potu, więc pewnie dlatego zostawił ją chłopak, ale przecież nie trzeba mieć chłopaka, prawda?), następnie stanie się adresatką niezbyt wyszukanych zalotów synów Tamory, które będą jedynie preludium do brutalnego gwałtu, zakończonego okaleczeniem – odcięciem rąk oraz języka.

Wątek Szekspirowski płynnie przechodzi w popkulturowy. Tajemnicze postaci w perukach ujawniają swoją tożsamość – to emerytowane Wampiry, które szukają dla siebie miejsca w postmodernistycznej mozaice starego i nowego. Postanowiwszy założyćboysband, raczą publiczność niezbyt wyszukanymi piosenkami, w których chodzi przecież tylko o to, by słowa „sex” i „oh, baby, baby” powtarzały się jak najczęściej, a choreografia zawierała jak najwięcej groteskowej i tandetnej erotyki. Na pierwszy plan wysuwa się charyzmatyczny leader, przestawiający się jako Wampir Rafał. Gra go, jak zawsze fenomenalny, Krzysztof Olchawa, który po raz kolejny udowadnia, że nie da się łatwo zaszufladkować jako amant. Tym razem w roli czarnego charakteru objawia dużą dozę talentu komediowego. W prymitywnym stand up poniża swoją asystentkę – nieśmiałą i zahukaną Marysię, bardzo przekonująco graną przez Halszkę Lehman – zmuszając ją do publicznego obnażenia się. Wtórują mu gwizdy i prostackie okrzyki „Pokaż cycki!”, kojarzące się raczej z wiejskim festynem, niż miejskim teatrem, nawet rozrywkowym. Po chwili Rafał wychodzi, a poniżona, lecz w dalszym ciągu wiernie poddana swojemu panu Marysia nieśmiało zaczyna śpiewać. W jej ustach Wszystko, czego dziś chcę Izabeli Trojanowskiej nabiera jednak zupełnie nowej, zaskakującej dramaturgii. Rafał nie pojawia się, porzucona dziewczyna zostaje sama. Szybko przechwytuje ją jednak Marta Ledwoń – Lawinia. Jasna staje się konwencja metateatru –  to tylko widowisko, podczas którego nikt nie wmawia widzom, by poddali się iluzji rzeczywistości. Lawinia mówi, choć według scenariusza synowie Tamory powinni byli wyrwać jej język. Jak zresztą sama przyznaje, pewnych sytuacji nie można zagrać na scenie, bo po nich się tylko umiera, a nie gra. Namaszcza Marysię na swoją następczynię, sama przeobraża się w Tamorę – dumną i bezwzględną królową Gotów. W nowym wcieleniu wykona za chwilę Puszka Okruszka – wersja hard core. Prowadząc uwiązanego na smyczy Dżokera (ekwiwalent Szekspirowskiego Aarona), stanie się niekwestionowaną gwiazdą wieczoru. Wątek Marysi i Lawinii nie jest niczym innym, jak wątkiem kobiecej inicjacji. Niewinna, zupełnie aseksualna dziewczynka śpiewa wesołą piosenkę o zabawie z psem. Później ta sama dziewczynka dorasta, w głowie jej już zupełnie inne zabawy, pierwsza miłość, pierwsze doświadczenia w kontaktach seksualnych, pierwsze rozczarowanie, wykorzystanie, porzucenie. Pierwsze załamanie po pierwszej traumie pozwala jej jednak dojrzeć i ustawić się w pozycji kobiety silnej. Odtąd do jej zgrabnych nóg mężczyzna będzie łasił się jak pies, ona będzie jego panią, a nie bezwolną ofiarą.

W drugim akcie dość jasna na początku konwencja zaczyna się łamać. Wyraźnie wybrzmiewa jedynie wątek zemsty Tytusa (Jerzy Rogalski jak zwykle nie rozczarowuje), oraz zabójstwa Lawinii, przenoszący nas znowu na płaszczyznę metateatru. Wszystko inne wydaje się mdłą papką z popkulturowych ingrediencji, takich jak komiksowi superbohaterowie i banalne musicalowe songi. Wampiry stają się wilkołakami, Demetriusz i Chiron – Spidermanami-adeptami, rozczarowanymi jednak swoją rolą, bo przecież miało być tak pięknie, a w efekcie przeróżne supermoce wcale nie działają tak, jak w hollywoodzkiej produkcji. Charyzmatyczny Wampir Rafał przeobraża się natomiast w Kapitana Planetę. Kim naprawdę są ci bohaterowie i dlaczego zostali przywołani w zainspirowanym Szekspirem dramacie? Niestety, do końca wieczoru nie znajduję odpowiedzi na to pytanie.

            Na końcu łańcucha duetu Pakuła/ Rysova to niewątpliwie ewenement wśród propozycji lubelskiego teatru, choć krakowska publiczność, której wszelkiego rodzaju eksperymenty być może spowszedniały, nie odbierze go tak silnie, jak wychowana w Lublinie autorka niniejszej recenzji. Postaci emerytowanych wampirów o wzmocnionej makijażem, psychodelicznej mimice twarzy, przechadzające się w antrakcie między widzami, naśladujące ich pozy, hipnotyzujące spojrzeniem, nie wywierają takiego wrażenia w surowym wnętrzu teatru krakowskiej PWST. Kiedy jednak oczyma wyobraźni zobaczy się te scenę przeniesioną do foyer lubelskiego teatru, pełnego stiuków, ornamentów, mebli obitych pluszem, kostiumy wampirów wydają się wykrojone z ciężkich kurtyn i obić. Można mieć wówczas wrażenie, jakby te groteskowe stworzenia traktowały przestrzeń teatralną na równi z domem rodzinnym, miejscem, z którego pochodzą i w którym, jako przynależne do innego, tradycyjnego porządku, poczuły się zagrożone. Zapewne inaczej w takim wnętrzu wybrzmi też osobliwy koncert, jakim jest zasadnicza część spektaklu. Inaczej przecież patrzy się na postmodernistyczne kostiumy i odblaskową scenografię ze stali, a inaczej odbiera się ciężką, atakującą już od pierwszych chwil muzykę rockową, kiedy otaczają nas marmury i złocenia. Być może spektakl Evy Rysovej stanowi doskonałą zapowiedź nowych tendencji w działaniu sceny funkcjonującej dotąd jedynie w wymiarze lokalnym. Udana prezentacja Na końcu łańcucha podczas krakowskiego Forum Młodej Reżyserii jest na to najlepszym dowodem.

Katarzyna Misiuk, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”

Teatr imienia Juliusza Osterwy w Lublinie

Na końcu łańcucha

Mateusz Pakuła

reżyseria: Eva Rysova

scenografia i kostiumy: Justyna Elminowska

muzyka: Zuzanna Skolias

choreografia i ruch sceniczny: Cezary Tomaszewski

reżyseria świateł: Mateusz Wajda

obsada:

Człowień/ Ktoś do dupy niepodobny: Jerzy Rogalski

Joker/ Kaliban: Daniel Dobosz

Lawinia/ Tamora: Marta Ledwoń

Demetriusz/ Spiderman: Wojeciech Rusin

Chiron/ Spiderman 2: Paweł Kos

Wampir Rafał/ Kapitan Planeta: Krzysztof Olchawa

Ghoul Marysia/ Lawinia: Halszka Lehman

głos z offu: Tomasz Bielawiec

Stowarzyszenie Wampirów Emerytów/ Wilkołaki: Tomasz Bielawiec, Teresa Filarska, Joanna Morawska

BROJO: Zuzanna Skolias, Dominik Duży, Antonis Skolias

prapremiera: 17 marca 2012

Katarzyna Misiuk (ur. 1989), studentka teatrologii, absolwentka filologii germańskiej. Z teatraliami związana od 2012 roku. Interesuje ją teatr zabierający głos w sprawach ważnych i aktualnych. Miłośniczka tanga argentyńskiego.