Cold case (Wszystko o mojej matce)

Wszystko o mojej matce przypomina cold case, niewyjaśnioną, ale dawno zamkniętą sprawę. Z tym, że zabójca jest znany, chociaż nieuchwytny – nowotwór. W roli detektywów występują Michał Borczuch i Krzysztof Zarzecki. Brakuje jednak nowych informacji. Sprawę otwarto ponownie, ale pozostaje nierozwiązana. W tle rzeczywistość schyłkowego PRL-u i pierwszych lat po transformacji, które pojawiają się w zbiorowej scenie ćwiczeń robotnic fabryki perfum czy obrazku grzybobrania.

W pierwszej scenie widzimy gawędzące ze sobą fabrykantki. Ta sekwencja pogaduszek jest powtórzona dwukrotnie. Ich głosy przeplatają się: narzekania mieszaja się z relacją o filmie widzianym w kinie, sprawozdanie z rutynowych działań z koniecznością poczynienia zmian. Obie tury kończy konstatacja wygłoszona przez jedną z fabrykantek (Halina Rasiakówna), która stwierdza, że nic by w swoim życiu nie zmieniła. Niby rozmowy krążą wokół codzienności, a jednak pobrzmiewa w nich egzystencjalne echo, pytanie o słuszność życiowych wyborów, ich pewność, głód życia. Po tym preludium dopiero zostaje wprowadzony temat przedwczesnej śmierci. Fabrykantce deklarującej ogólne zadowolenie z życia głos z offu odczytuje wyniki badań. Rokowania są złe. To ironiczne zagranie – skoro niczego jej nie brakuje, niczego więcej nie oczekuje – może umierać. Ten początkowy fragment ma swoja strukturę, rytm i wyrazistą dramaturgię.

O ile jeszcze Borczuch posługuje się określonymi strategiami, o tyle Zarzecki całkowicie bazuje na przypadku i improwizacji. W swojej części ekspolatuje sytuację próby do spektaklu. Obie narracje, różne w konwencji i stylistyce, posiadają jednak punkty wspólne – zaczynają się od sceny zbiorowej, rekonstrukcją wspomnienia o matce, łączą je także sceny o obcości i fantazjr na temat konfrontacji z rodzicielkami.

Te dwa ostatnie punkty wydają się najbardziej interesujące.  Temat poczucia obcości, odległości nie do przezwyciężenia pojawia się w obrazie astronautki (Ewelina Żak), zbierającej próbki na Marsie. Pomimo szczerych chęci, nie udaje jej się w całości zrealizować planu, na pocieszenie Huston nazywa podrzędny, mały krater jej nazwiskiem – Love. Wielka przegrana sprawa –  miłość matki. Zarzecki ten efekt obcości uzyskuje za pomocą mechanizmu spiętrzenia i zwielokrotnia. Z jednej strony kilka aktorek (nie występujących pod swoimi nazwiskami, ale obco brzmiącymi latynoskimi imionami) ma grać jego matkę, z drugiej, żadna nią nie jest i nie będzie; każda z nich pozostaje bliżej lub dalej niejasnego obrazu, wspomnienia, marzenia. Szczególną więź „nawiązuje” z postacią graną przez Halinę Rasiakównę. Kiedy aktorka charakteryzuje się na matkę Krzysztofa (według fotografii), ten wielokrotnie, wręcz obsesyjnie, odwiedza ją w zaimprowizowanej po prawej stronie sceny garderobie. To natręctwo można chyba wytłumaczyć koniecznością sprawdzenia, czy możliwe jest, chociaż na chwilę, przywołanie matczynej obecności, choćby za pośrednictwem i z pomocą koleżanki po fachu. Natomiast w scenie konfrontacji obcość kobiety, która udaje matkę (w tej scenie gra ją Monika Niemczyk) jest dodatkowo wyostrzona przez to, że kobieta na krótko staje się medium i komunikując się z synem używa obcego, wymyślonego języka. U Borczucha, widzimy elegancką kobietę (ponownie Monika Niemczyk), która zwierza się ze swojego cierpienia psychoterapeutce. W tej wyimaginowanej scenie  matka ciągle pozostaje wiecznie chora i podszyta bólem. Żadna inna matka jest niemożliwa. Zdrowa, energiczna, zadowolona z życia kobieta nie pasuje do dominującego wspomnienia o umierającej kobiecie. To piętno rzutuje całkowicie na pamięć o matce, czego dowodem jest całkowita nieumiejętność, czy może bardziej niemożność, wyobrażenia jej sobie i przedstawienia na scenie w sposób, który wyklucza doświadczenie psychicznego i fizycznego bólu.

Przyznaję, mam z tym spektaklem problem. Powodem mojej nieufności do twórców jest przeświadczenie, że pomimo doboru osobistego tematu i kilku dobrych, sprawnie przeprowadzonych pomysłów, spektakl na krok nie zbliża się do emocjonalnego autentyzmu. Artyści oscylują między doświadczeniem pracy w teatrze a niejasną (re)konstrukcją wspomnienia o matce jako takiego. Wyczuwam niemożność czy niemożliwość i opór wyrażenia emocji, nieumiejetność lub niechęć zbliżenia się do czegoś prawdziwego, rzeczywiście ważnego. Nie mam na myśli ani historycznej prawdy, ani tym bardziej osobistego, emocjonalnego ekshibicjonizmu. Zdaje mi się, że te wszystkie zabiegi to raczej zasłona dymna, która skrywa chłód i obojętność, a w najlepszym wypadku pustkę. Osobisty temat posłużył na pretekst do zrobienia spektaklu za publiczne pieniądze, o czym żartobliwie wspomina Zarzecki. Ale brzmi to dla mnie trochę cynicznie.

 

 

Cecylia Pierzchała, Teatralia Bydgoszcz

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 179/2016

 

 

Teatr Łaźnia Nowa

Wszystko o mojej matce

reżyseria: Michał Borczuch

autor, dramaturgia: Tomasz Śpiewak
scenografia: Dorota Nawrot
muzyka: Bartosz Dziadosz
reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski
multimedia: Michał Dobrucki
występują: Iwona Budner, Monika Niemczyk, Halina Rasiakówna, Ewelina Żak, Krzysztof Zarzecki, Marta Ojrzyńska, Dominika Biernat
premiera: 22 kwietnia 2016