Chodź i zaanimuj mi świat!

Chodź i zaanimuj mi świat!

Tegoroczny XVI Olsztyński Tydzień Teatrów Lalkowych ANIMA 2012 oferował widzom sześć prezentacji różnorodnych tematycznie, estetycznie i formalnie. Festiwal otwierała Śpiąca królewna w wykonaniu gospodarzy, natomiast novum było pojawienie się spektaklu nieprzeznaczonego dla dzieci, a przynajmniej nie dla tych najmłodszych.

Ku mojemu zdziwieniu festiwal lalkowy, wbrew nazwie, wcale nie był zdominowany przez obecność lalek. W centrum zainteresowania twórców stała raczej szeroko pojęta animacja i kreowanie autorskich, niejednokrotnie olśniewających wizualnie światów. Na wnioski czy to dobrze wróży przyszłości festiwalu, chyba jeszcze za wcześnie, ale z całą pewnością trzeba przyznać, że – podążając w tym kierunku – ANIMA inspiruje i otwiera publiczność – zarówno dzieci, jak i dorosłych –  na szeroko rozumiany teatr formy. Oby tak dalej!

  • Kuchenne obsesje

To właśnie Zielony smutek sąsiadów stanowi wyjątek w programie tegorocznej ANIMY, gdyż jest przeznaczony dla dorosłego widza. Perfekcyjnie opracowany choreograficznie, chwilami zabawny aż do łez, momentami upiorny. Trudny do streszczenia, bo prowadzony raczej motywami (przede wszystkim: obsesyjność, konwulsyjność wykonywania zwykłych działań) niż według zasad rozwoju linearnej opowieści. Dodatkową zaletą spektaklu jest warstwa muzyczna – istne show wykorzystujące znane motywy muzyki popularnej lat 60. i 70. minionego wieku oraz elementy playbacku.

W izraelskim spektaklu nie pojawiają się wprawdzie lalki, jednak Zielony smutek sąsiadów z powodzeniem można wpisać w ramę teatru formy i przedmiotu. W niby-zwyczajnej przestrzeni kuchni cztery aktorki i jeden aktor wykonują niby-zwyczajneczynności: gotują, piją herbatę, rozmawiają albo oglądają telewizję, ale szybko okazuje się, że pod pozorem normalności kryją się całe pokłady absurdu i obsesji. W przedmiotach codziennego użytku – ku uciesze publiczności – aktorzy odnajdują potencjał do powoływania oryginalnych światów za pomocą zręcznej animacji. I tak Jej przedmiotem staje się na przykład surowy kurczak, a z rozlanej na podłodze czerwonej cieszy (skojarzenia z krwią jak najbardziej pożądane) jedna z aktorek urządza sobie… ślizgawkę, parodiując przy tym akrobatyczno-sportowe instrumentarium ruchów. W tle słyszymy natomiast arię operową. Aktorami stają się także: plastikowe wiadro na głowie jednej z kobiet oraz czajniczek z herbatą. Wszystko dzieje się tu bez użycia słów – może właśnie rezygnacja z przekazu werbalnego jest przyczyną tak silnego oddziaływania przedmiotów, ruchu, muzyki i scenicznych obrazów.

  • Na początku był motylek

Zgodnie z najbardziej klasycznymi podziałami na gatunki teatralne Początek należałoby sklasyfikować jako monodram. Ale czy ktoś dziś przestrzega takich podziałów? Dlatego też Początek to coś więcej niż spektakl jednej aktorki. W ciasnej, wypełnionej po brzegi przestrzeni sceny kameralnej Olsztyńskiego Teatru Lalek wykluwa się życie. Wprawdzie nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale i tak niezaprzeczalnie fizycznie, bo pod postacią papieru, sznurka, materiału lub rozbitego jajka. Życie daje o sobie znać także w warstwie symbolicznej – to od widzów zależy finalny kształt interpretacji działań scenicznych.

Pracy intelektualnej – wbrew temu, że to spektakl dla dzieci od 18. miesiąca życia – jest tu całkiem sporo. Dostarcza jej już sama postać protagonistki: czy wychodząc z materiałowego kokonu jest ona gąsieniczką, którą czeka metamorfoza? Taką interpretację potwierdzałoby dwukrotne pojawienie się figurki motylka – na początku i na końcu spektaklu. A może jednak w aktorce – maczającej palec w rozbitym wcześniej jajku, a następnie mażącej żółtkiem po swojej białej sukience, tak aby publiczności ukazało się słoneczko – powinniśmy widzieć boskiego demiurga?

  • O dobroci, miłości i pięknie niejednoznacznie

Prawdziwe/nieprawdziwe można potraktować jako teatralną lekcję, urzekającą wizualnie, choć – jeśli weźmiemy pod uwagę, że to spektakl przeznaczony dla dzieci – z dosyć gorzką pointą. Spektakl daleki od prostego moralizatorstwa dzielącego świat na dobrych i złych ludzi, białe i czarne strony. Na planie fabularnym zawiązuje się historia Sióstr Gałązek Wierzbowych, które Matka Wierzba początkowo uczy, że należy kochać cały świat i ufać w dobroć innych – Wiatru, Ślimaka, Człowieka. Kiedy jednak pewien niesforny Chłopiec łamie gałązkę i zabiera jedną z Sióstr do domu, Matka Wierzba zmienia apoteozę świata w paranoiczny lęk przed wszystkim i wszystkimi, z człowiekiem na czele. Tymczasem zerwana Gałązka – w myśl nauki Matki – pokochała Chłopca i tym samym wybór między powrotem na łono rodziny a pozostaniem u Chłopca wcale nie jest już tak oczywisty i prosty. Finał można różnie interpretować, choć gorzki posmak jest chyba dominujący – Chłopiec przechodzi metamorfozę moralną i z własnej woli przynosi zerwaną Gałązkę do lasu. Ta przypomina przelęknionym Siostrom dawną lekcję o pięknie i dobroci otaczającego świata, aby chwilę później umrzeć, bo w końcu została przecież ułamana. Poruszająca scena śmierci Gałązki na tle kołyszących się delikatnie Sióstr może być także odpowiedzią na pytanie: dlaczego wierzbę nazywamy płaczącą?

Spektakl operuje czarno-białą kolorystyką, choć pojawiają się także kolorowe animacje komputerowe (ilustracje cudów przyrody, o których mówi Matka Wierzba) i wielkoformatowe zdjęcia twarzy Chłopca w sepii. Za pomocą tzw. wygubienia światłem budowane są bliższe i dalsze plany, a ważny element konstrukcyjny stanowią czarne lub białe ramy przesuwane po scenie. W tym niezwykle atrakcyjnym wizualnie spektaklu pojawia się jednak pewna niekonsekwencja. O ile całym przedstawieniem rządzi ukryta animacja (aktorzy w czarnych strojach schowani za różnego rodzaju parawanami i ramami), o tyle w sekwencji ze Ślimakiem pojawia się – bez uzasadnienia w akcji czy nawet w wymowie estetycznej – ręka animatora. Zaburza to nieco budowaną dotąd starannie iluzję.

  • Z wizytą u kolekcjonera nocy

„Oni już tu są!” – tymi słowami aktor w pasiastej pidżamie zawiadamia swoich towarzyszy drzemiących na szafie o przybyciu publiczności. Białostocki Jest królik na księżycu rozgrywa się w bardzo małej przestrzeni, niewiele ponad półtora metra dzieli aktorów od widzów. Przynajmniej na początku. W miarę rozwoju akcji dowiadujemy się, że znaleźliśmy się zaledwie w przedsionku do pracowni pana Thomasa Snouta – wielkiego kolekcjonera nocy, który w swoich zbiorach posiada już 3845 egzemplarzy, w tym noce bezsenne, bestialskie, ale i spokojne, a nawet poziomkowe, które każdemu z widzów mogą kojarzyć się z czymś innym. Poetycki język, ale zarazem bez artystowskiego nadęcia, będzie nam towarzyszył do końca. Na tle pozostałych festiwalowych prezentacji spektakl ten jest bardzo konsekwentnie poprowadzony, jeśli chodzi właśnie o język – wolny od naleciałości mowy potocznej, nieskrępowany anachronicznością, operujący barwnymi metaforami z jednoczesnym zachowaniem klarowności scenicznego komunikatu.

Wróćmy jednak do akcji spektaklu: wspomniany aktor w pasiastej pidżamie – Momo wraz z pozostałymi dwoma służącymi pana Snouta – Strachem i Alfredem rozdają widzom stroje nocne. A kto będzie grymasił i nie założy pidżamy oferowanej przez aktorów nie przejdzie przez drzwi w szafie, aby móc oglądać dalszą część spektaklu, rozgrywaną już w większej przestrzeni. Duża interakcyjność spektaklu z kulminacyjną sceną zakopywania lęków, czyli zachęcania maluchów do wypowiadania na głos swoich obaw i strachów, aby je spektakularnie pogrzebać, pozwala utrzymać stan zaciekawienia u dzieci, a i od dorosłych wymaga pewnej czujności, bo nigdy nie wiadomo, co mogą zaimprowizować aktorzy (świetnie zresztą prowadzący swoje postaci sceniczne).

Jest królik na księżycu to spektakl bez lalek, ale za to z ogromną wrażliwością na przedmiot – jego materialność, dźwięki, jakie może wydawać, i przysługujący mu rodzaj ruchu. Potwierdzają to także niebanalna scenografia i pojawiające się w przedstawieniu oryginale maszynerie, choćby enigmatyczna konstrukcja Ostatniej Nocy.

  • Energetyczny akcent na zamknięcie

Kot w butach to kolejna próba zmierzenia się z dziecięcą klasyką podczas tegorocznej ANIMY. W tym przypadku również zakończona sukcesem. Cały spektakl można potraktować jako rodzaj manifestu przeciw „kulturze zabierającej tlen”, jak w jednej z piosenek śpiewa Księżniczka Kryzia, a co jeszcze mocniej wybrzmiewa w finale, kiedy Młynarczyk i Kryzia –  bynajmniej niewpisujący się w obiegowe standardy urody (oboje w okularach i nieco fajtłapowaci) – w szaleńczym tańcu kojarzącym się z punkowym pogo zarzucają wszelkie krępujące konwencje. Tytułowy Kot paraduje natomiast w czerwonych glanach, co równie mocno podkreśla temat uchylania się od sztywnych norm obyczajowych. W przedstawieniu biorą udział tylko trzej aktorzy, ale na tyle żywiołowi, że wcielają się w więcej niż jedną rolę. Interesująco poprowadzone są także lalki (animacja bezpośrednio ręką) w klimacie błazeńsko-cyrkowym, na wzór których ucharakteryzowano aktorów w żywym planie.

Spektakl jest dosyć hałaśliwy, ale jednocześnie tak energetyczny, że dzieci obecne na widowni z entuzjazmem dały się porwać temu szalonemu rytmowi i aktorzy zebrali zasłużone brawa. Natomiast dorosłym widzom rozrywki dostarczało obserwowanie zabawy z konwencją, dosyć często serwowanej przez aktorów, choćby w sekwencjach quasi-koncertów, ale także na poziomie rozwiązań scenicznych: tron królewski na scenie przedstawiono jako wychodek.

Jedynym zabiegiem, który do końca nie przekonuje, jest niespójność płaszczyzn językowych, gdzie obok wierszy zahaczających brzmieniem niemal o Fredrowskie rymy pojawia się współczesna, potoczna mowa. Być może twórcom chodzi o uzyskanie efektu różnorodności, co istotnie osiągnęli. Pozostaje tylko pytanie: czemu to miało służyć?

  • Zamiast podsumowania, czyli punkty wspólne

Sześć prezentacji i sześć odmiennych, autorskich światów. Różne estetyki teatralne – od dosyć ascetycznego w formie Początku do spektaklu Jest królik na księżycu, oferującego frapujące konstrukcje i maszynerie. Zainteresowanie absurdem (Zielony smutek sąsiadów), eksplorowanie tematu kultury, która ogranicza i narzuca przyciasne formy (Kot w butach), teatr jako narzędzie do zwalczania dziecięcych lęków, szczególnie tych związanych z nocą i ciemnością (Jest królik na księżycu), wreszcie problematyka związana z dokonywaniem decyzji i ponoszeniem odpowiedzialności (Prawdziwe/ nieprawdziwe). W tym niejednorodnym zbiorze można wyznaczyć jednak punkty wspólne: specyficzną animację i wrażliwość na przedmiot. Wszystkie prezentacje łączy coś jeszcze –  uśmiechnięte, zaciekawione, czasem nawet przejęte twarze dzieci wychodzących z teatru oraz wtórujące im zadowolone twarze dorosłych.

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Krakówe
Internetowy Magazyn Teatralny „Teatralia”

XVI Olsztyński Tydzień Teatrów Lalkowych ANIMA 2012

Teatr Tańca Emanuelli Amichai z Tel Awiwu (Izreal)

Zielony smutek sąsiadów

reżyseria: Emanuella Amichai

światła: Erez Shwertzbaum

muzyka: Tami Barak

projekty kostiumów: Amalia Nimrod, Yaarit Eliyho

scenografia: Yasmin Harel, Emanuella Amichai

aktorzy-tancerze: Ayala Bresler-Nardi, Jeremie Elffasy, Merav Dagan, Meirav Alchadef, Tamar Levin

 

Zespół Teatralny A.K. ENTREPÔT z Saint-Brieuc (Francja)

Początek

reżyseria: Laurance Henry

wykonawca: Mélanie Del Din

scenografia: Laurance Henry

muzyka: Pierre Payan, Vassili Caillosse

 

Teatr Baj w Warszawie

Prawdziwe/nieprawdziwe

Vytaute Žilinskaite

tłumaczenie: Alicja Rybałko

reżyseria: Rimas Driežis

scenografia: Julia Skuratova

muzyka: Faustas Latenas

animacje komputerowe: Ewa Łuczak

obsada: Matka (Pień Wierzby) – Małgorzata Suzuki, Gałązka Wierzbowa – Elżbieta Bieda, Siostry Gałązki – Natalia Kiser, Ptak – Elżbieta Bielińska, Ślimak – Jan Plewako, Chłopiec – Kamil Król, Wiatr (głos) – Andrzej Bocian

premiera 22 maja 2011

 

Białostocki Teatr Lalek

Jest królik na księżycu

koncepcja, scenariusz i realizacja spektaklu: Tania Castaing, Francesca Bettini, Charlot Lemoine

przekład: Marek Waszkiel

współpraca: Maria Żynel

koprodukcja: Vélo Théâtre – Apt (Francja)

obsada: Strach – Alicja Bach, Alfred, zwany też Rybakiem – Iwona Szczęsna, Thomas Snout – Zbigniew Litwińczuk, Momo, odbicie Snouta – Krzysztof Pilat

premiera: 19 maja 2007

 

Teatr Lalek Arlekin w Łodzi

Kot w butach

autor: Agata Biziuk

reżyseria: Anna Nowicka

scenografia: Marika Wojciechowska

muzyka: Wiktor Szostak

obsada: Kryzia – Agata Butwiłowska, Młynarczyk – Bartek Brożyna, Kot – Marcin Marzec

premiera: 26 marca 2011


Agnieszka Dziedzic (1987) – studentka dramatologii  UJ, od 2008 roku związana Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”, gdzie publikowała swoje teksty i pełniła funkcję redaktora oddziału Kraków. Interesują ją „błędy” w sztuce – teatr, który nie chce być modny, architektura, która potrafi odstraszyć, literatura, która bredzi, choć czyni to z urokiem. A ostatnio także teatr lalek.