Chleba i ryb! (Zastrzel mnie i weź ze sobą)

Chleba i ryb! (Zastrzel mnie i weź ze sobą)

W pustym, nieomal nieistniejącym mieście, gdzieś między domami, w których nie można już mieszkać, pośród ulic zmienionych w pustynie, żyły sobie, a właściwie to próbowały żyć, głodne maluchy. Znajoma dotąd okolica zamieniła się w nie-miejsce, przestrzeń własna w cmentarzysko. Trzeba było uciekać, pójść w ciemność. Zabrali ze sobą ostatnie bułki, kilka wspomnień, worek koszmarów i czarną baśń, pełną takich sekretów, że niech wszyscy święci od dzieci bronią powtarzać.

Mali bohaterowie (grani przez dorosłych aktorów) spektaklu Julii Mark Zastrzel mnie i weź ze sobą bodaj nie pierwszy raz wsiedli do zatłoczonego wagonu, w którym zapach krwi mieszał się z trupim odorem, i udali się w podróż w nieznane, lecz na pewno złe. I tak – głodni, samotni, przerażeni, a przy tym coraz bardziej gniewni – przemierzają wojenny, przekształcony w rumowisko świat. Śpią w kanałach i kurnikach, czasem próbują ratować tych, co jeszcze nie umarli, ale przede wszystkim pragną ocalić siebie.

Sto razy prościej byłoby na pewno, gdyby pani reżyser w piekielną tułaczkę wysłała postaci dobre i jasne. Dzieje się jednak inaczej, bo choć snute opowiadanie smutnym jest i przejmującym, to z jego narratorów już dawno uleciała niewinność. Oddzieleni od nieba gruzami, ciałami – mniej lub bardziej – bliskich, wspominają matki, ojców i cuda Jezusa. Pod zgliszczami tłucze się niekiedy uśpiona miłość. Być może to dla niej dzieciaki chcą odbudować miasto. Potrzebują ofiary, a ta prędko zostanie wyznaczona.

Mimo że historia rozwijana w Zastrzel mnie… zdaje się utkana z tych najmocniej zdławionych opowieści, anty-baśni, które wcale nie chcą być opowiedziane, to Mark zamyka ją w ramach chłodnej, wypatroszonej z emocji metafory. Stworzyła wyjątkowo ładnie wyglądające miejsce – zamkniętą przestrzeń, wypełnioną plastikowymi, biało-czarnymi piłeczkami. Tylko że nie jest to plac zabaw, ale pobojowisko, będące zarazem samoodradzającym się polem kolejnych, cielesnych i metafizycznych, walk. Potencjalność śmierci czyni ów obszar niebezpiecznym.

Powstał spektakl niejako uwolniony spod rygoru decorum, bowiem wizualnie przypomina on laurkę z czasów wojny, podczas gdy sama treść wyłania się z koszmarów. Kontrast, negacja i dekonstrukcja – na tych trzech filarach opiera się reżyserska koncepcja. Elegancja i obojętność scenografii służą wyostrzeniu niektórych wątków-drzazg, ale te są zarazem neutralizowane przez formę podawczą. Bohaterowie rapują w świecie, który przestał przecież być piosenką, co podkreśla ich wymykającą się próbom zracjonalizowanej oceny moralność. Zamiast przepracowywać traumę, raczej ją zużytkowują. Doświadczenie wojenne ubrane w szatę hip-hopowej piosenki okazuje się atrakcyjne, by nie powiedzieć hipnotyzujące. Pojawiają się skojarzenia Zagłady z kulturą masową. Zabieg ten z jednej strony uwypukla niedorzeczność cierpienia, ale z drugiej, zestawiając obsesyjnie i dość mechanicznie obrazy śmierci i prób wskrzeszenia umarłego świata, trudno powiedzieć cokolwiek prawdziwego o istotach na skraju egzystencjalnego załamania.

Mark nie walczy o „ja” swoich postaci ani o sztukę, która pretendowałaby do bycia czymkolwiek więcej od włożonej w ładną, oryginalną ramkę dobrze znanej opowieści o tym, jak podła bywa rzeczywistość. Tylko głupcy wierzą w honor i miłość. Godności i przyjaźni nie da się pogodzić z walką o przetrwanie, ponieważ to ona zwykła być materią historii. Istnieje podział na pożerających i pożeranych. Przetrwają ci, co zdołają przejrzeć na oczy i pojąć, że życia nie otrzymuje się w nagrodę za dobre sprawowanie. Wojny zubożają i okradają ludzkość. Trudno po nich opowiadać bajki. Treść strachów zawsze pozostaje ta sama.

Pani reżyser starała się rozbić banał, ale właśnie tu nastąpiła katastrofa – wszak nieomal niemożliwym jest, by z pospolitości zrodziło się coś lepszego. Niemniej warto docenić sceniczną próbę skonstruowania anty-utopii na podstawie dekonstrukcji chrystusowego mitu. Oczywiście pomysł na odbudowę miasta według nie-boskiego planu pochodzi z tekstu Marii Spiis, jednak na scenie Nowego obrazuje się go wyjątkowo sugestywnie. Podobnie dzieje się z ucieleśnianiem słów – jeśli na spektakl rzeczywiście przychodzić będą maluczcy, wielu z nich, pewnie po raz pierwszy, poczuje gęstość słów. Z grubo ciosanych dialogów wyłaniają się bowiem kawałki świata, które nie potrzebują obrazowego urzeczywistnienia. Poszarpane zdania, pulsujące energią frazy odsłaniają sensualność języka, a wulgaryzmy ujawniają swą dziwną poetyckość.

Zastrzel mnie i weź ze sobą to taka przypowieść ku utrapieniu serc. Tylko pozornie mniej okrutna od reportażu, bo „baśniowość” służy tu tylko udziwnieniu. Zamiast człowieka umiera zwierzątko, ale to żółwik z gatunku czujących – taki, co mówi i bardzo, bardzo nie chce ginąć. Jezus zostaje z jedną rybą, a nowy świat na pewno nie spodoba się Panu (zwieńczenie, w razie gdyby komuś roiło się jeszcze, że jest lub będzie dobrze i stanie się światłość).

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 72/2013

Teatr Nowy w Krakowie

Zastrzel mnie i weź ze sobą

tekst i dramaturgia: Maria Spiss

reżyseria i scenografia: Julia Mark

muzyka: Piotr Franasowicz

obsada: Olga Szostak, Piotr Franasowicz, Wiktor Loga-Skarczewski

premiera: 11 października 2013

fot. mat. teatru

Alicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.