Byle nie zniknąć w cieniu

Byle nie zniknąć w cieniu

Zanim jeszcze Gwiazda blaskiem swojej sławy rozjaśni i zagarnie przestrzeń, scena czerni się pustką. To rodzaj metafory – przestrzeń sceny jako żyzny grunt, na którym wykiełkować może każda historia powołana słowem lub gestem aktorskim. Ale też pole wszelkich możliwych klęsk życiowych, frustracji i gorzkich zawodów. Idee teatru meta-codziennego Helmuta Kajzara raz po raz ujawniają się w monologach i dialogach stworzonych przez niego postaci. A jak z przełożeniem materii tekstowej Gwiazdy na potrzeby sceny poradził sobie reżyser i bliski przyjaciel Kajzara, Bogusław Kierc?

Spektakl z jednej strony wydaje się luźnym zbiorem sekwencji. Wprawdzie w każdym z monologów – czy raczej: mini show – natarczywie powracają tematy takie jak sława i jej cienie, życie jako teatr, rozpadająca się tożsamość, ból, strach… Ale to jednak za mało, by mówić o spajającej koncepcji reżyserskiej.

Z drugiej strony pojawiają się także nie do końca poważne dramaturgicznie elementy, trochę niedojrzałe, może nazbyt egzaltowane, które jednak wyraźnie wpływają na formę spektaklu. Wymieńmy je więc: dziecinna wyliczanka (Entele, pentele / Sigi siaj / Rapete, papete / Knot!), powracająca kilka razy lodowa piosenka i dziecięce wspomnienie skrzydeł „znalezionych na strychu lub w wygódce”. Ale także rytuały. Rytuały pogrzebowe, rytuały dojrzewania, rytuały dziecięcych zabaw i rytuały macierzyńskie. Innymi słowy: rytuały codzienności ujęte w optyce Kajzara wcale nie jako ukryte źródło prawdy, ale przeciwnie – powtarzalność codziennych gestów, działań, zachowań i słów. I gdyby tak na chwilę uwolnić się od żelaznej logiki opowieści, z niezłomnym kryterium sensu na czele, to nagle Gwiazda staje się aż nadto jasna i precyzyjnie opowiedziana. To gorzki rewers historii każdego człowieka, który to, co prywatne, przenosi do sfery publicznej.

Nie bez znaczenia pozostaje jednak wspomniane już niedopasowanie środków wyrazu do głównych, raczej gorzkich, tematów spektaklu, bo tu właśnie rodzi się groteska, którą wszystkie siedem obecnych na scenie aktorek świetnie operuje. Efektem tego jest wykrzywianie obrazu rzeczywistości na przecięciu serio i buffo, gdzie zaciera się także różnica między teatralnością i metateatralnością. Ta ostatnia stara się własnymi trickami prześcignąć tę pierwszą.

Aktorki, choć diametralnie różniące się ekspresją, nie mają najmniejszych problemów z balansowaniem między scenami rytuałów zbiorowych a indywidualnymi kreacjami. Jedyne, co należałby bardziej kontrolować, to momenty wychodzące poza konsekwentnie budowaną formę. Wbieganie na ścianę albo przeraźliwy krzyk, którymi to zabiegami – jak sądzę – aktorka ma ujawnić choć szczyptę prywatności, są mocno chybione i raczej wywołują u widza zdystansowanie (przecież jesteśmy wciąż w teatrze) wobec działań scenicznych niż empatyczne wczucie się w los postaci.

Ważnym i wpływającym na wydźwięk całego spektaklu zabiegiem jest wprowadzenie kukły rozmiarami niemal równej człowiekowi. Już sam jej wygląd prowokuje dwuznaczność i przywodzi na myśl powtarzającą się kilka razy w spektaklu frazę „lalka, chłopiec / dziewczynka, w oczach mam węża”. Kukła funkcjonuje według dynamicznie zmieniających się reguł – chwilami bez najmniejszego oporu poddaje się manipulacjom aktorek, kiedy indziej znowu animowana jest tak, że sama staje się dyspozytorem przemocy. Poza tym otwiera się całe pole skojarzeń (całkiem zresztą uprawnionych, gdy wziąć pod uwagę tematykę spektaklu) z metaforą naiwnej kukły, wierzącej, że sama kieruje własnym życiem, gdy tymczasem to ktoś za jej plecami pociąga za ukryte sznurki.

Gwiazda jest więc o nas w teatrze życia codziennego. I nie o nas. O tych po drugiej stronie sceny lub ekranu. Tych do kochania lub nienawidzenia. Do kanibalistycznego pożarcia jako gotowy produkt kultury. Zdaję sobie sprawę, jak banalnie mogą brzmieć takie stwierdzenia, ale przedstawienie wyreżyserowane przez Kierca dotyka także tematu banalności życia jako rodzaju tykającej bomby, która wybuchnie, jeśli tylko – mniej lub bardziej metaforycznie – usuniemy się w kąt sceny.

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” nr 52/2013

Teatr Lalek Banialuka w Bielsku-Białej

Gwiazda

Helmut Kajzar
reżyseria: Bogusław Kierc
scenografia: Danuta Kierc
muzyka: Jacek Wierzchowski
ruch sceniczny: Michał Pietrzak
obsada: Małgorzata Bulska, Maria Byrska, Marta Marzęcka, Magdalena Obidowska, Katarzyna Pohl, Barbara Rau, Lucyna Sypniewska

premiera: 20 kwietnia 2012

fot. Darek Dudziak

Agnieszka Dziedzic – rocznik 1987, studentka dramatologii UJ, od 2008 roku związana z Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”, gdzie publikowała swoje teksty i pełniła funkcję redaktora oddziału Kraków. Interesują ją „błędy” w sztuce – teatr, który nie chce być modny, architektura, która potrafi odstraszyć, literatura, która bredzi, choć czyni to z urokiem. A ostatnio także teatr lalek.