Bądź pokorny, może tylko śnisz

Bądź pokorny, może tylko śnisz

Pierwsza premiera pod kierownictwem Marka Fiedora to dla Teatru Współczesnego zwiastun nowego sezonu. Lech Raczak wyreżyserował dramat Calderona – środki przekazu zredukował do minimum, skupił się raczej na warstwie lingwistycznej. Istotnie, słowa wydają się nie tylko kluczowe dla interpretacji fabuły, lecz także w całości determinują jej odbiór.

Calderon przeniósł dramat symbolicznie do Polski, ale uniwersalność przesłania pozwala umiejscawiać go właściwie gdziekolwiek. Segismundo (Krzysztof Zych), syn króla, nieszczęśliwie staje się ofiarą złych znaków z nieba, które wróżą jego ojcu straszliwą przyszłość. Żeby zapobiec złu, Basilio (Maciej Tomaszewski) przezornie więzi syna w lochu, a władzę przekazuje mu po dwudziestu latach. Segismundo czuje się jednak tą decyzją skrzywdzony; nie umie odnaleźć się w nowej rzeczywistości – czy to w świecie królewskiego dworu, czy po prostu poza snem, w realiach, a więc w świecie, do którego nie przywykł. Młody książę będzie musiał udowodnić poddanym, że zasługuje na miano ich władcy. Zaczynają się próby zbojkotowania nieba i kosmosu – bohaterowie podejmują tę nierówną walkę; chcą wiedzieć, co jest jawą, a co snem.

Nie dowiedzą się. Pomysł rywalizowania z większymi od siebie – z losem, naturą czy nieokreśloną czasoprzestrzenią – spala na panewce. Ostatecznie cała historia okaże się tylko snem Ireny Rybickiej (Śniąca), ale właściwa interpretacja pozostaje w rękach widzów.

Lech Raczak za Calderonem de la Barcą pyta: czy życie jest snem, czy jawą? Skąd brać pewność, że śnimy i że to, co się wydarza, wydarza się naprawdę? Gdzie znaleźć przekonanie, które pomoże wyraźnie oddzielić od siebie te dwa światy? W spektaklu odpowiedzi nie padają, ale – jak sądzę – nie tego należało oczekiwać. Życie jest snem snuje subtelne hipotezy, nigdzie niepotwierdzone, ale też w żaden sposób niepodważane.

Raczak podsuwa jedynie teorie na temat kreacji świata; sugeruje, że intensywnie działająca wyobraźnia może stać się w końcu zagrożeniem, bo zagubiony w marzeniach umysł chętnie fałszuje rzeczywistość. To pułapka, którą sami na siebie zastawiamy. Nasze sny pozwalają stawać się tym, kim chcemy – tym bardziej pociągająca jest wizja pozostania wyłącznie w tej sennej rzeczywistości. Na to liczą bohaterowie spektaklu, ale i to w końcu wymyka się spod ich kontroli. Raczak, pod pretekstem barokowego dramatu, wypowiada się o polityce, nadużyciach władzy i apodyktycznych manipulacjach, co nie wychodzi jego spektaklowi na dobre. Psuje jego filozoficzną czystość, nieskalaną politycznymi niesnaskami współczesnej Polski. Potraktowanie jej jako nieznanego, egzotycznego miejsca, jak chciał Calderon, uczyniłoby to widowisko nie tylko bardziej (tak, jeszcze bardziej) odrealnionym, zupełnie odseparowanym od społecznych wywodów, lecz także efektywniejszym w przekazie. Czegoś Raczakowi zabrakło. Może chciał uchwycić zbyt wiele myśli w jednym zdaniu, zapominając o tym, by dramaturgicznie obdzielić nimi całość przedstawienia, zamiast skupiać je w jednym tylko, kulminacyjnym momencie? Przez to całość jest po prostu nużąca.

W trafnej, modernistycznej scenografii jest miejsce na kilka celnych pomysłów – więzienne cele skonstruowane w podłodze są pomyślane jako imitacje mrocznych studni, które przy okazji umniejszają więźnia w oczach każdego, kto patrzy na niego z góry. Po obu stronach sceny ustawiono małe telewizory, na których, jeśli nie płyną swobodnie ławice chmur, wyświetlają się twarze więźniów, którzy wygłaszają monologi. Reszta to surowe ławki, nasuwające skojarzenia z dworcową poczekalnią, gdzie spotykają się obcy sobie, niczym niepołączeni ludzie. Podobnie osobne są oniryczne, niebudujące wspólnej historii projekcje bohaterów.

Świetnymi aktorskimi kreacjami chwalą się m.in. zachwycająca w roli Rosaury Anna Kieca, fantastyczna w wydaniu zarówno kobiecym, jak i męskim. W relacji król – książę lepiej wypada ten drugi, Segismundo, odegrany przez Krzysztofa Zycha. Bardzo dobre wykonanie Boczkowskiego (Clarin, błazen) jest też, niestety, z winy oczywistego wyboru reżysera, przewidywalne. Marzę o tym, by zobaczyć wreszcie tak dobrego aktora w roli innej niż nadworny śmieszek, kawalarz i kombinator-intrygant.

Zastanawiałam się długo, czy znużenie, które odczuwa widz podczas wrocławskiego spektaklu, nie jest jednak grą, którą Raczak prowadzi z publicznością. Gdy doszłam do wniosku, że tak właśnie jest, zauważyłam niepodważalny plus tego przedstawienia. Bez wątpienia jest nim swoboda odczytania – reżyser nie narzucił wizji jednej, regularnej analizy, ale pozostawił pewien interpretacyjny niedosyt. Wrocławska premiera Życie jest snem jest intrygująca przez swoją niekonkretność; niepokojąca i boleśnie prawdopodobna, a do tego bardzo dobrze zagrana. To nie jest najdoskonalszy spektakl Raczaka, ale raczej eksperymentalne wyzwanie rzucone wrocławskiej publice. Warto je podjąć.

Karolina Obszyńska, Teatralia Wrocław
Internetowy Magazyn „Teatralia” nr 45/2013

Wrocławski Teatr Współczesny

Pedro Calderon de la Barca

Życie jest snem
imitacja: Jarosław Marek Rymkiewicz

reżyseria: Lech Raczak
scenografia: Bohdan Cieślak
kostiumy: Beata Wodecka
muzyka: Paweł Paluch
ruch sceniczny Maćko Prusakasystent reżysera: Michał Szwed
inspicjentka i suflerka: Marta Giergielewicz

obsada: Krzysztof Zych, Maciej Tomaszewski, Krzysztof Kuliński, Anna Kieca, Krzysztof Boczkowski, Aleksandra Dytko, Jolanta Solarz, Tadeusz Ratuszniak, Renata Kościelniak, Dariusz Maj, Michał Dudziński, Michał Szwed, Maciej Kowalczyk, Irena Rybicka

premiera: 19 stycznia 2013

fot. archiwum teatru

Karolina Obszyńska– rocznik 1989. Studentka filologii polskiej (specjalność teatrologiczna) i judaistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, wcześniej na Uniwersytecie Warszawskim. W „Teatraliach” od 2009 roku, w teatrze od zawsze. Publikuje także na portalu wywrota.pl, współpracuje z czasopismem „Nietak!t”. Ponad wszystko kocha pantomimę i teatr dramatyczny – szczególnie spektakle Krystiana Lupy i Krzysztofa Warlikowskiego.