Ąse madąse flore o ma de…  (Nasza klasa)

Ąse madąse flore o ma de… (Nasza klasa)

Nasza klasa, dramat uhonorowany nagrodą Nike, omijał polską scenę. Inscenizacja sztuki Tadeusza Słobodzianka w reżyserii Łukasza Kosa jest dopiero drugą, którą mogliśmy w Polsce zobaczyć. Czy można zapomnieć o kwestii polsko-żydowskiej, jeżeli scenariusz epatuje tematami dotyczącymi narodowości, ideologii i religii, a skupić się na losach jednostek? Mieliśmy okazję się o tym przekonać dzięki studentom wrocławskiej szkoły teatralnej. W trakcie dwugodzinnego spektaklu zajmowały nas losy koleżanek: Zochy, Rachelki i Dory oraz kolegów: Ryśka, Jakuba Kaca, Władka, Zygmunta, Heńka, Abrama Piekarza i Menachema.

Początek bardzo beztroski. Widzimy bohaterów ustawionych w rządku, w rękach trzymających tabliczki z napisanymi imionami. Przedstawiają nam się ładnie, podrygują w rytm muzyki. Na widok tak pociesznego wstępu uśmiech sam pojawia się na naszych twarzach. Wszyscy są równi, każdy opowiada o swoich marzeniach, planach na przyszłość. Najważniejsze, że należą do tej samej klasy.

Miejscem akcji jest sala gimnastyczna. Drabinki, materace, ławki, przyrządy do ćwiczeń gimnastycznych. Wygląda to tak, jak na typowej lekcji WF-u. Mogłoby się wydawać, że sala stanowi zachętę do nieustannego wykonywania ćwiczeń. Uczniowie rozmawiają ze sobą i jednocześnie bawią się beztrosko. Są pełni energii, żartują, śmieją się. Szkoła jest dla nich miejscem zwyczajnym, „normalnym”, jak dla każdego ucznia, dopóki w klasie panuje zgoda. To drugi dom, gdzie mogą czuć się swobodnie. Z kolei gry i zabawy sprzyjają poznaniu swoich mocnych stron, ale także słabości, które niezależnie od uczniów wychodzą na jaw.

Sytuacja komplikuje się podczas modlitwy Polaków. Wszyscy Żydzi muszą się wycofać, gestem oddalenia staje się wejście na drabinki. Wyznawcy religii mojżeszowej znajdują się na drugim planie, lecz nie są z tego powodu mniej widoczni na scenie. To jest ich miejsce, z dala od przyjaciół katolików. Zachowują się ordynarnie, rozmawiają głośno o rzeczach przyziemnych, nie szanują religijności kolegów. Takie zestawienie poważnie różni obie grupy i jest zarazem pierwszym sygnałem niezgody, a w efekcie rozłamu, jaki dokonuje się w pozornie zgranej klasie.

W trakcie zabawy w „Ąse madąse flore…” widzimy jak wszystkie osoby, stojąc w kręgu, łapią się za ręce na znak jedności. Niestety, przyjaźń między uczniami rozpada się. Wtedy ta sama gra nabiera innego znaczenia. Bohaterowie stają w kręgu, lecz nie trzymają się za ręce. Ich śpiew jest nieco senny, a ruch mechaniczny. Każde z nich pogrążone jest we własnych myślach i swoich problemach. Koledzy z klasy nie mogą już sobie wzajemnie zaufać – łącząca ich więź rozpada się bezpowrotnie.

Kiedy relacje między bohaterami zmieniają się, wówczas zmienia się także sposób postrzegania przestrzeni, w której się znajdują. Brutalne pobicie Jakuba Kaca przez jego kolegów Zygmunta, Heńka, Ryśka i Władka jest momentem, w którym sala gimnastyczna staje się równoznaczna z salą tortur, a sprzęty służące do ćwiczeń zyskują zupełnie inne przeznaczenie. To właśnie bohaterowie nadają symbolicznego znaczenia przedmiotom znajdującym się na sali. Jest to widoczne w przywołanej scenie. Odtwórca roli Jakuba Kaca odsuwa się na bok, aktorzy grający napastników biorą materac i pałki, a następnie z impetem uderzają w rekwizyt. Zachowują się jak furiaci. Materac zastępuje bezbronnego Jakuba Kaca, a aktor odtwarzający jego rolę stoi obok i ze spokojem przygląda się działaniu swoich kolegów. Wygląda to tak, jakby ciało Jakuba Kaca było maltretowane, jego duch zaś z dystansu się temu przyglądał. Od tej pory materac nie jest już tylko zwykłym przedmiotem – staje się symbolem śmierci.

Ostatnia część przedstawienia jest wypełniona melancholią i poczuciem beznadziei. Akcja ulega spowolnieniu. Po zgładzeniu kolegów Żydów i koleżanek Żydówek bohaterowie próbują wrócić do normalnego życia, lecz jest to niemożliwe. Poruszają się w spowolnieniu, bez siły. Nie potrafią już cieszyć się życiem. Stopniowo gasną.

Zapowiedź spektaklu znajdująca się na ulotce wskazywała na to, że będzie on dotyczył przede wszystkim ludzi, ich emocji, a nie tragedii w Jedwabnem. Zastanawiałam się, co można zrobić ze scenariuszem, żeby tak w istocie było. Okazało się, że ideę udało się zrealizować w praktyce tylko częściowo. Przez całe przedstawienie nie mogłam zapomnieć o Holokauście. Kwestia zagłady Żydów tak silnie oddziaływała na przedstawienie, że dramat jednostki zszedł na drugi plan.

Natalia Marcinkiewicz, Teatralia Łódź
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 58/2013

31 Festiwal Szkół Teatralnych

Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. L. Solskiego w Krakowie Filia we Wrocławiu

Nasza klasa
Tadeusz Słobodzianek

reżyseria: Łukasz Kos
scenografia i kostiumy: Agnieszka Aleksiejczuk, Katarzyna Karmańska
muzyka: Paweł Głosz
obsada: Agata Grobel (Zocha), Karolina Gibki (Rachela), Sonia Roszczuk (Dora), Dawid Czupryński (Rysiek), Łukasz Kaczmarek (Jakub Kac), Tomasz Kocuj (Władek), Michał Kosela (Zygmunt), Dawid Lipiński (Heniek), Adam Pietrzak (Abram Piekarz), Radomir Respondek (Menachem)

premiera: 23 kwietnia 2013

fot. Julian Olejarczyk

Natalia Marcinkiewicz (rocznik 1991) – na stałe mieszka w Giżycku, w trakcie studiów w Łodzi. W życiu śmieje się z codzienności i często popada w skrajności. Niestety jeszcze nie odnalazła swojego życiowego powołania. Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim i tam zainteresowała się teatrem absurdu. W tym nurcie pisze pracę licencjacką, skupiając się na dramatach Harolda Pintera.