Ale wkoło jest wesoło (Di, Viv i Rose)

Ale wkoło jest wesoło (Di, Viv i Rose)

Oprócz wielkiego rozczarowania i poczucia zmarnowanego czasu spektakl daje dużo do myślenia. Stawia pytanie o sens przedstawień teatralnych. Czy nadal mają doprowadzać do katharsis, czy są już tylko skomercjalizowanym towarem telewizyjnym odtwarzanym na żywo? Di, Viv i Rose jest idealnym przykładem na to, że nawet prosty i mało ambitny spektakl obyczajowy można zepsuć. A jedyna broń, jaką jest warstwa komediowa, strzela ślepakami.

Już początek jest irytujący. Kolorowe aktorki w podskokach przebiegają wzdłuż i wszerz sceny, gra muzyka. Screen niczym z kanału Cbeebies. Padają jakieś słowa, niezrozumiałe, przygłuszone przez dźwięki zbyt wcześnie włączającej się muzyki. Scena udająca akademikowy pokój jest bardzo dobrze zagospodarowana, więc można udawać, że nie widzi się pracowników technicznych zmieniających scenografię w tle. Sceny zmieniają się szybko i bez większego związku z sobą. I tak przez dwie godziny przebrniemy przez czterdzieści lat z życia bohaterek.

Dialogowość sięga poziomu poniżej zera. Większość kwestii nie wnosi do sztuki nic. Partie komediowe są bardziej żenujące, niż śmieszne. Przaśny humor i dyskusje o seksie mogą rozbawić co najwyżej gimnazjalistów. Są jeszcze watki dramaturgiczne, totalnie kontrastujące z resztą scen, pojawiające się znienacka i bez powodu. Ich warstwa liryczna jest pseudoartystyczną kopulacją słów. Jednak na (nie)szczęście nie cały czas jest mówione. Jest jeszcze grane z radia. Może playbackowy koncert hitów z lat 80. miał przypomnieć starszym widzom słodkie czasy młodości, ale odtańczenie całej piosenki niepotrzebnie wydłuża czas trwania spektaklu i zwyczajnie nuży.
Aktorki są fenomenalne. Czuć między nimi chemię, która jest efektem pozascenicznej przyjaźni. Przenoszą ją na scenę, dzięki czemu więzi łączące bohaterki są bardzo wiarygodne. Jednak momentami ma się wrażenie, że grają nie przed publicznością, a przed sobą. Albo przed sztabem produkcyjnym kolejnego odcinka serialu.

Ogląda się to przedstawienie do końca kurczowo chwytając się nadziei, że skończy się w odpowiednim momencie, z piękną puentą. Jednak z każdym końcem linii dramaturgicznej zaczyna się nowy wątek, a całość przedstawienia to sinusoida wzlotów i porażek bohaterek. Jak w życiu. Można odebrać to jako zaletę i poszukać morału z odniesieniem do własnego. Jednak takowego brak. Zatem, po co mamy poznawać fabułę obcego, cudzego życia? Dla współczucia czy poklasku?

Od tego mamy swoje.
Historia, choć autentyczna i ponadczasowa, jest mdła i zbyt przerysowana. Zgubiono gdzieś pierwiastki teatralne, powagę i szacunek oddany scenie. Miedzy nią a widownią wyrósł szklany ekran, który czyni z odbiorców widzów zmęczonych oglądaniem telewizyjnego sitcomu. Jednak tutaj kanału zmienić się nie da.

Izabela Lewkowicz, Teatralia Warszawa
Magazyn Internetowy „Teatralia” 115/2014

Teatr Capitol w Warszawie

Di, Viv i Rose
reżyseria: Maciej Kowalewski
przekład: Klaudyna Rozhin
scenografia: Aneta Suskiewicz
muzyka: Bartosz Dziedzic
kostiumy: Dorota Roqueplo
obsada: Joanna Brodzik, Daria Widawska, Małgorzata Lipmann

premiera: 6 października 2014

fot. Michał Jarosiński