Akcja: Sprzątanie Ludzi! (Clean room)

Akcja: Sprzątanie Ludzi! (Clean room)

Festiwal Ciało/Umysł w Teatrze Studio był ukoronowaniem otwarcia sezonu teatralnego w Warszawie. Clean Room Juana Domingueza wbija się w rzeczywistość swoim cyklicznym performansem, rozbijając poczucie tego, co jeszcze realne, a tego, co stanowi już tylko ulotną formę i treść. O tym, dlaczego warto dać się ponieść sztuce i obudzić się na drugim końcu miasta.

Poniedziałek. Bileterzy wpuszczają do teatru. Kazano nam siedzieć na schodach. Fakt, ładna, wybłyszczona, estetyczna klatka schodowa, ale gości teatralnych wita się na sali, a nie w przedsionku. Taki jest standard teatralny! Potem przedmowa, która sama jakoś płynnie przeszła w prolog cyklu performatywnego, niosąc za sobą zdumienie słuchaczy, zapraszając do dzielenia się swoimi przemyśleniami i, wreszcie, czarując teatralnym wdziękiem. Prolog zatrzymała narratorka, informując o końcu epizodu pierwszego. To już? Pierwsza część za nami? Zapraszają na epizod drugi. Teraz jesteśmy oprowadzani po labiryncie teatru, wchodzimy do sali, gdzie czekają na nas wygodne pufy. Siadamy, ale w którą stronę skierować twarz i wzrok? Co nas czeka? Gdzie jest scena? Brak informacji prowokuje do wyjścia poza strefę komfortu.

Patrzę, co się dzieje dookoła, zadaję pytania, robię to, co inni. Na nic nie zwracam uwagi, siadam gdzie popadnie, wygodnie. Z głośników wydobywa się spokojny głos narratorki, produkującej kolejne pytania – po angielsku i ze śpiewnym hiszpańskim akcentem. Zamykam oczy i płynę wraz z narzuconym przez nią rytmem. Jako że głos zadaje tylko pytania i nie podsuwa odpowiedzi, historia, którą opowiedziano w tym epizodzie, tworzy się, można tak powiedzieć, za moją sprawą. Powstaje więc tyle jej wariantów, ilu uczestników performansu zgromadziło się tego wieczoru w teatrze. Zanim się zorientowałam, wylądowałam gdzieś pomiędzy historią, którą stworzyłam wespół z narratorką, a świadomością istnienia w tej konkretnej chwili i przestrzeni. Z połowicznego snu wybudza spokojny rytm i łagodnie pulsujący progresywny rock, wyłaniający się z odmętów korytarza. Czuję, że zbliża się koniec. Napisy końcowe, serialowy „main theem” i świadomość – na dziś wystarczy, wróć do swojego świata, zapraszamy na kolejne epizody.

Środa. Też schody. Tym razem nie przetrzymują nas tak długo. Idziemy do pokoju, w którym krzesła usytuowane są w dość osobliwy sposób. Siedzę naprzeciwko gościa, którego nie znam, i raczej unikam kontaktu wzrokowego. Uśmiechnąć się można, ale raz, góra dwa razy. Oswajamy się z nową sytuacją. Pomagają pytania narratorki, ale zaczyna robić się goręcej. Pytania zaczynają dotyczyć osoby siedzącej naprzeciw. Zostajemy niejako uwięzieni w sytuacji i zmuszeni do nawiązania intensywniejszego kontaktu wzrokowego z sąsiadem. Moglibyśmy uciec, ale tego nie robimy. Padają pytania coraz intymniejsze: jak budzi się osoba z naprzeciwka? Jaką ma ulubioną potrawę? Jaką ma bieliznę? Jakie ma fantazje? Oj, niewygodnie. Kolejny epizod na teatralnym dziedzińcu: zastawione stoły, wino, kieliszki. Znów żadnej instrukcji. Siedzimy. Nic się nie dzieje. Przy stoliku pada komenda – pijemy! I zaczyna się. Połowa butelki, przystawka nr 1, pytania na karteczkach, zapoznajemy się, wymieniamy imionami, informacjami, druga butelka, przystawka nr 2 i 3, teraz wspomnienia, marzenia, fantazje, lęki, obawy. Późno – czas leci jak szalony. Zanim epizod czwarty dobiegnie końca, zaprzyjaźniam się z czterema nowymi osobami.

Piątek. Toast. Za miliony rzeczy, od wznioślejszych po te najprostsze. Najważniejsza wśród nich jest jednak ciekawość. Myślę sobie – ciekawość nas tu przywiodła, ciekawość kazała zostać do samego końca i wreszcie – ciekawość jest chyba najlepszym, co możemy podarować reżyserowi w zamian za sztukę. Epizod drugi przenosi się na przystanek tramwajowy „Dworzec Centralny”. Przypominam sobie, że ciągle jesteśmy w „teatrze”. Trochę przygody – nie wiemy gdzie idziemy, część się gubi, część ma prawo niezauważenie zrezygnować, widzę jednak, że dotarli wszyscy. Odcinek pomiędzy teatrem a przystankiem jest niczym kolejny epizod. Patrzę na twarze przechodniów inaczej niż zwykle, oglądam sklepy pod innym kątem, na sprzedawców spoglądam tak, jakby byli aktorami i uśmiecham się – oni nie wiedzą, że właśnie grają w naszej sztuce. Na przystanku podjeżdża specjalny tramwaj. Wchodzimy w rytmie The Smithsów, żwawo wybijających takty z przenośnego radia. Ruszyła maszyna. Najpierw powoli, jedzie na Pragę, porywa nas, nie staje na żadnym przystanku, wiedzie w nieznane i wypuszcza po drugiej stronie Wisły. Dostajemy karteczki, że „kidnapping”, że „rescue”, że „bribery”. Nie wiem, komu mam dać „w łapę”, żeby wypuszczono nas na wolność. Co mam zrobić? Zaśpiewać piosenkę? Powiedzieć wierszyk? Sama przedstawić jakiś performans? Tramwaj przystaje po ponad półgodzinnym wojażu. Narratorka dziękuje. „Room” stał się „clean”. Pokój został posprzątany. Ofiara spełniona. Zostaliśmy oczyszczeni poprzez misterium teatralne.

Pisząc o spektaklu, potrzebuję się wytłumaczyć. Bardzo trudno mówić o performansie. Próba zamknięcia w sztywnym gorsecie języka tego, co tymczasowe i ulotne, jest dopuszczalnym, ale niestety morderstwem. Każde słowo, które mówi o zjawisku, każde zdjęcie, które próbuje je uchwycić, każda kamera, która stara się zarejestrować wrażenia – nie oddadzą energii, synestezji i emocji towarzyszących tego rodzaju sztuce.

Przywykliśmy do performansów, w których uczestniczy sam twórca. Mam na myśli projekty Katarzyny Kozyry czy Mariny Abramowic. Sztuka tworzy się na bazie obserwacji działań, które mają szansę zaistnieć w sztucznie wygenerowanej sytuacji. Każde zachowanie twórcy/performera zamienia się w sztukę, której podstawą jest działanie w jakimś kontekście. Nowatorstwo Dominguez polega na odwróceniu sytuacji. Ciekawość widza nie jest zaspokojona działaniem performera, ale realizuje się w sytuacji, którą reżyser, niczym architekt, pieczołowicie komponuje. Ciekawość popycha do współpracy z tą architekturą, do poddania się nieprzewidywalnej wizji reżysera, do zminimalizowania strachu związanego z niewiadomą i brakiem pewności co do finału sztuki. Widz jest zmuszony zaufać twórcy jak własnemu rodzicowi. Tym razem to reżyser obserwuje widzów. Patrzy na nich w kontekście, który sam stworzył. Realizuje eksperyment. Richard Schechner, teoretyk performansu, stwierdził kiedyś, że „coraz częściej odbieramy świat nie jako księgę, lecz jako performans, w którym uczestniczymy”. Dominguez idzie nieco dalej, może przewrotnie, może nowocześniej. Świat bowiem odbieramy już nie jako księgę, ale jako serial. Na dodatek serial, który sami tworzymy.

Możemy zapytać: co z tego wynika? Sens cyklu Domingueza nie jest łatwy do wychwycenia. To nie sztuka z morałem podanym gościom pod sam nos na deser. Performans ma sens, gdy ucieleśnia się w działaniu widza. Przez trzy wieczory Clean Room budował i umacniał swoje znaczenie w naszej ciekawości, obecności i zdolności do zaufania. Poprzez jego eksperymentalny, wręcz laboratoryjny projekt widzowie stali się sobie bliżsi, ciekawsi siebie nawzajem, chętni do prostej, niezobowiązującej rozmowy. Zostali wrzuceni do „pokoju”, w którym tymczasowość relacji ma szansę zbudować szczere uczucia.

Aleksandra Pyrkosz, Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 73/2013

Festiwal Ciało/Umysł 2013 (20–27 września 2013)

Clean room

koncepcja i reżyseria: Juan Dominguez
współpraca: María Jerez, Sara Manente, Alice Chauchat
współpraca w Warszawie: Arantxa Martinez
kierownik produkcji: Christian Modersbach

kierownictwo produkcji w Polsce: Black Salt Produkcja (Joanna Trytek i Zuzanna Porycka)
produkcja: Juan Domínguez
koprodukcja: Hauptstadtkulturfonds Berlin, BUDA Arts Centre Kortrijk
wsparcie: Tanz Im August und Sommer.bar
prezentacja na festiwalu C/U przy wsparciu: Open Latitude oraz Programu Kultura Unii Europejskiej
premiera: sierpień 2011 w Berlinie

fot. Marta Ankiersztejn